„Wiedzą sąsiedzi …” lub czy Franciszek jest opętany?


demon

W związku z nieszczęsną rocznicą czterech lat wyboru Jorge Bergoglio na papieża w internecie i przypuszczalnie też w prasie, której nie mamy czasu czytać, pojawiają się wspomnienia pierwszych chwil tego pontyfikatu i sławnego „Dobry wieczór”. Jako reprezentanta pewnych odczuć i poglądów przytoczymy fragment „rocznicowego” artykułu Stevena Skojeca:

Nigdy o nim nie słyszałem. Nie znałem nawet jego nazwiska. Jak większość katolików podeszłem do konklawe z poczuciem oczekiwania pełnego nadziei. Ale odczucie, które naszło mnie, gdy ujrzałem człowieka, którego wybrali kardynałowie było niesamowiecie mocne. Było to odczucie lodowatego przerażenia. Gdy patrzyłem na niego, jak stał i patrzył na tłum, usłyszałem w swoim umyśle nieproszonych ale wyraźnych siedem słów: „Ten człowiek nie jest żadnym przyjacielem Tradycji.”

Moje odczucie, które wywołał ten człowiek umiejscowiło się na poziomie wnętrzności. Było tak silne, że odwróciło mą uwagę od czegokolwiek innego.

Było coś w jego twarzy. W sposobie w jaki patrzył na zebrany tłum. Było coś …niewłaściwego w jego oczach. To co ujrzałem, to, o czym myślałem, że ujrzałem, było czymś innym [obcym] patrzącym przez tę nieczytelną maskę [twarzy]. Czymś triumfującym, wyniosłym, pogardliwym, łypiącym okiem ze szczytu, na który weszło po długiej i ciężko stoczonej bitwie. Było to niesamowicie dziwne.

Gdy patrzę w tej chwili ponownie na to zdjęcie [z balkonu] nie dostrzegam niczego specyficznego w wyrazie tej twarzy. To, co ujrzałem, było, jak sądzę, nie tyle czymś fizycznym, ile raczej duchowym wglądem [w rzeczywistość]. Byłem tak wybity z równowagi, że musiałem zwalczać mdłości. […]

Od tej pierwszej chwili, chociaż próbowałem pozbyć się tego wrażenia i poddać się władzy rozumu, jak czyniło to wielu katolików, doszedłem do wniosku, że moje odczucie było znakiem łaski. Ostrzeżeniem od Boga, że będzie to pontyfikat o potwornych konsekwencjach.

Tyle Steven Skojec. Piszący te słowa miał podobne odczucia, miało je sporo innych osób i blogerów. Moment wyjścia na loggię nowowybranego papieża pamięta dobrze, bo był właśnie po bardzo intensywnym pouczeniu braterskim, którego musiał komuś udzielić i wrócił do domu psychicznie wycieńczony, podminowany i przez to intensywnie nastawiony na odbiór czegokolwiek, jak ma to miejsce podczas większego stresu. Dlatego pamięta wrażenie jakby chłodu czy zmrożenia, gdy ujrzał postać Bergoglio, co jest wyrażeniem metaforycznym, a nie doznaniem fizycznym, a do głowy przyszły mu słowa: „To jest człowiek zatracenia”. Nie przeżył zatem tego momentu tak intensywnie jak Steven Skojec, ale wrażenia miał podobne, które także próbował długo zamiatać pod dywan, że aż tak źle nie będzie, jak niestety jest.

Piszący te słowa może stwierdzić, że po odkryciu Tradycji i modlitwy Trydenckimi Brewiarzami jego umiejętność rozeznania duchów czy znajomości ludzi bardzo się wyostrzyła, co oczywiście nie oznacza, że jest nieomylny i nie może błądzić. Nie twierdzi też, że wyczuje opętanego 100 m pod wiatr, chociaż kilka dobrych trafień już miał i jakoś coraz bardziej te kwestie wyczuwa. Jak na razie miał do czynienia jedynie z dwoma osobami, które miały umiejętności paranormalne i być może spotkał w sumie czterech opętanych, czego pewny nie jest do końca pewny, bo manifestacji opisanych w Rituale romanum nie było. Pewność opętania dają bowiem manifestacje demoniczne podczas egzorcyzmu, którego przecież nie przeprowadzi, bo nie jest księdzem, ale różne symptomy opętania rozpoznać można i przedtem. W przeciwieństwie do naszych różnych „siostrzanych” lub „bratnich” stron my nie mamy pewności, że nasi adwersarze „na pewno są opętani”, chociaż takiej możliwości nie wykluczamy. Co ciekawe osoby o to podejrzewane bardzo się o to obrażają, jakby były na czymś przyłapane oraz bardzo intensywnie takim zarzutom zaprzeczają. I tak pewna niemieckojęzyczna bloggerka odznaczająca się zarówno niesamowitą przenikliwością swoich teologicznych analiz oraz mocno feminizmem podszytą nienawiścią w odpowiedzi na delikatną sugestię autora tych słów, że być może wybrałaby się do egzorcysty, odparła, że jest to karalne sądownie pomówienie, że może zaskarżyć, że to grzech tak o kimś pisać. Taka bardzo emocjonalna reakcja wskazywała, że trafiło się, nie po raz pierwszy, w bardzo czułe miejsce. A skąd takie przypuszczenie odnośnie opętania osoby i to nie tylko autora tych słów? Stąd, że zarówno jej analizy i komentarze teologiczne były ponadprzeciętnie trafne, inteligentne, świadczące o wielkiej znajomości i zażyłości z sacrum, była jednak także dzika i bezwzględna nienawiść, wizja anarchii, upadku Kościoła pozbawiona jakiejkolwiek nadziei i osłody również. Po prostu sprawiało to wrażenie czegoś ponadnaturalnego i niestety złego. Jakby perspektywy upadłego anioła, który nią kierował. Nie były to zatem wpisy, które można by skwitować:

„Histeryczna baba, chociaż bystra”.

Było to coś więcej. Oczywiście wspomniana osoba zarzuciła autorowi tych słów, że opętanym jest on i skąd to on ma uprawnienia do stawiania diagnoz. Co ciekawe to właśnie to stwierdzenie, które padło nie w kontekście jej osoby, ale czegoś innego, dało podstawy do podejrzenia jej opętania. Piszący te słowa odparł na ten zarzut, że poznał trzech egzorcystów, jeden był jego spowiednikiem, chociaż nie wiedział o jego egzorcystycznej działalności, sam dał się nawet pewnemu egzorcyście w czasie bardzo silnych dręczeń ocenić i nic. Opętanym nie jest, musi się męczyć dalej.  Nie uważa on jednak takiego pytania za obraźliwe i bywały chwile, że sam się nad tym zastanawiał, chociaż symptomów opętania nie miał, ale silnego dręczenia. Tyle, drodzy czytelnicy, uspakajających uwag, że znajdujecie się w dobrych rękach, człowieka, który choć sam nie jest opętany, na różne kwestie jest wyczulony i wyczula się coraz bardziej. A jak Pan Bóg opętanie dopuści, to trudno, to dopuści, nie ma się czego bać.

Biorąc pod uwagę doświadczenia osobiste także innych byłych i obecnych współpracowników naszej redakcji wydaje nam się, że jesteśmy na sprawy duchowe wyczuleni, a nasze diagnozy i analizy nie są aż tak chybione. Jednak tak subtelne odczucia należy weryfikować, o ile się da także naukowo, i dlatego cieszy nas ilekroć znajdziemy potwierdzenie naszych najgłębszych i najsubtelniejszych podejrzeń. A jakie to podejrzenia? A takie, że sądzimy, iż papież Franciszek jest opętany, a „tym czymś”, co wyjrzało z niego był, jak się zdaje, jakiś wysoko postawiony demon. Piszący te słowa sam miał kiedyś podobne przeżycie z dosyć znanym duchownym, którego nie wymieni, bo mu nikt nie uwierzy i przeżył coś podobnego. Coś jakby z tego duchownego na chwilę wyjrzało i popatrzyło pełnym nienawiści spojrzeniem na autora tych słów (któremu na wspomnienie tego wydarzenia właśnie przeszły ciarki po plecach), jakby przebiło powłokę, jakby odkleiło pierwszą warstwę i wyjrzało przez oczy. Całe zajście trwało może sekundę, ale wspomnienie pozostaje żywe do dziś. To, coś miało rację tak patrząc, bo i w tym wypadku piszący te słowa wywołał sporą awanturę, a demony już swoje wiedzą. Jednakże pomijając pierwszą chwilę na balkonie autor tych słów żadnych innych doświadczeń z Franciszkiem nie miał, telewizji nie ogląda, więc być może brak przeżyć bierze się z braku okazji.  Jakby nie było opętanie Franciszka jest dosyć prawdopodobne, co pisaliśmy już w innym miejscu. A jakie mamy ku temu przesłanki:

  1. Wstręt przed sacrum („Karnawał się skończył”), nie klęka, nie udziela komunii.
  2. Noszenie dziwnego „księżycowego krzyża” pełnego okultystycznej symboliki.
  3. Mieszkanie w domu św. Marty.
  4. Rzekome pragnienie opuszczenia Rzymu[1].
  5. Otaczenie się homoseksualistami i innowiercami.
  6. Niestosowne zachowanie (opowiadanie o perwersjach seksualnych, podobno niesamowicie silne ataki złości).
  7. Herezje i okultystyczny spektakl 8.12 w Watykanie.

Wstręt do sacrum może być oznaką opętania, ale pewności nie daje. W sumie wszystkie wymienione powyżej punkty 1. do 4. dotyczą szeroko pojętego wstrętu do sacrum, bo w samych apartamentach papieskich jakieś pozostałości świętości być muszą, pełno tam poświęconych przedmiotów i relikwii, jak i w całym Rzymie. Podobno osoby opętane pielgrzymujące do Rzymu miewają stałe manifestacje z powodu dużej ilości wszechobecnych relikwii. Także nie każdy heretyk był opętany, chociaż żaden święty herezji nie głosił (I dlatego JP2 nie był świętym). W przypadku opętania Franciszka nie oznacza to, że Bergoglio nie jest on odpowiedzialny za swoje czyny i decyzje, bo opętani mają wolną wolę i mogą się nawrócić, jeśli tego chcą. Natomiast w przypadku Franciszka wydaje się, że istnieje pełna i bezpośrednia współpraca ze złym, dzięki której Bergoglio znalazł się rzeczywiście na szczycie Kościoła. Zatem czy opętany czy nie, na jedno w sumie wychodzi, bo szkodzi. Ponieważ każdy człowiek ma wolną wolę, a wychodzenie z opętania trwać może latami, toteż nie możemy niestety Franciszka złapać i wyegzorcyzmować, bo on sam musiałby tego chcieć.

Jednak główny problem polega na tym, że nie mamy z nim styczności na codzień i nie widzimy jego zachowania. I dlatego, dzięki Opatrzności Bożej, zaprezentować możemy tutaj pewien film, znaleziony w otchłaniach internetu, w którym jakaś pani, jak się zdaje ekspert od mowy ciała, analizuje mowę ciała Bergoglio. Film trwa 20 minut, nie jest najlepszej jakości, a głos mówi po angielsku, więc będzie on raczej przydatny dla osób znających ten język. Jednak nawet jeśli ktoś angielskiego nie zna, to patrząc na sam film, może z autotranslatorem youtube, zobaczy coś mocno dziwnego. Autorka filmu stwierdza, że ilość lików tego filmu wyniosła dokładnie 666, co jest dosyć dziwne, a Bergoglio po prostu nie zachowuje się jak normalny człowiek. Nie patrzy w kamerę, najwyraźniej by uniknąć, by sfotografowano mu oczy (2:48), zupełnie nie interesuje się albumem Leonardo di Caprio (9:12), ale ożywa na widok koperty (12:47). Wniosek autorki przedstawiony w minucie 17:35 jak taki, że

„osoba, którą znamy jako Franciszek jest zupełnie inna za zamkniętymi drzwiami”.

Co potwierdza plotki i nasze podejrzenia opętania. Ostatni przemarsz przez tłum Franciszka ukazuje jak bardzo obojętni są mu ludzie. W innych momentach filmu trudno ukryć mu pogardę, która maluje mu się na twarzy. Sprawia wrażenie bardzo zimnego, odpychającego i fałszywego człowieka. Wydaje nam się, że materiał filmowy potwierdza zarówno pierwotne odczucia Skojeca jak i autora tych słów, że we Franciszku coś siedzi, co nim steruje i od czasu do czasu wygląda przez oczy, które pragnie  z tych powodów ukryć.  Ponieważ film zrobiony został nie przez katoliczkę, ale eksperta od mowy ciała, toteż ukazuje on ujęcie rzeczywistości, większości z nas niedostępne. Prawie wszyscy, o ile słyszymy, koncentrujemy się przy mówcy na jego słowach, które analizujemy. Osoby niesłyszące, nieznające danego języka lub mało inteligentne nie są w stanie śledzić wypowiedzi, mogą za to bardziej przyjrzeć się mowie ciała i dlatego niekiedy dużo trafniej odgadują zasadnicze przesłanie od tych, którzy je rozumieją. Oto tajemnica tzw. kobiecej intuicji lub instynktu. Większość kobiet mocno odczuwa emocje i jest w stanie lepiej poznawać mowę ciała niż większość mężczyzn, szczególnie wtedy, gdy nie rozumieją co się do nich mówi, co się też zdarza. Nie rozumieją treści, ale odgadują emocjonalną intencję. Tak, drogie Panie, zostałyście zdemaskowane. A mówiąc serio mowa ciała nie kłamie, tylko mało kto jest w stanie bezstronnie ją rozpoznać. I dlatego wydaje nam się, że załączony materiał filmowy tezę o opętaniu Bergoglio raczej potwierdza niż obala.

[1] http://www.katholisches.info/2017/01/ist-papst-franziskus-auf-der-suche-nach-einer-neuen-residenz/

Ks. Martin Lugmayr FSSP, Historia obrzędu udzielania Komunii świętej (2 z 4)


Komunia na rękę

3. Obrzęd Komunii w dziejach

1) Miejsce rozdzielania Komunii

Prezbiterium było oddzielone od reszty kościoła przez przegrodę służącą za zasłonę, której kształt zmieniał się w ciągu historii.

[Świadczy o tym poniższy ołtarz z zasłonami z VI wieku znajdujący się w muzeum historycznym na Krecie. Red.].Dokument4(3)

Duchowni przyjmowali Komunię św. przy ołtarzu, a wierni przed kratą chóru. Synod w Laodycei w IV w. wspomina już, że świeccy przystępują do Komunii przy ołtarzu, podczas gdy podchodzenie tam kobiet jest wyraźnie zakazane. Udzielanie Komunii przed ołtarzem, wzmiankowane jako zwyczaj w jakimś stopniu utrwalony, jest wzmiankowane tylko w Galii. W epoce karolińskiej także tutaj przyjęto normę Kościoła powszechnego. Później Komunii św. udzielano świeckim czasami przy ołtarzu bocznym, a od czasu pojawienia się lektorium dokonywano tego najczęściej przy ustawionym przed nim ołtarzu św. Krzyża. Począwszy od XIII w. dwóch akolitów rozkładało obrus z białego płótna przed przystępującymi do Komunii, którzy klękali przed ołtarzem; w XVI w. zaczęto rozkładać ten obrus na swego rodzaju ławie, ustawionej na granicy prezbiterium i nawy, którą potem zastąpiły nasze balaski.

 

2) Sposób udzielania Komunii

1. Przegląd historyczny

Począwszy od III w. napotykamy na świadectwa z różnych prowincji Kościoła, pozwalające na wnioskowanie o udzielaniu eucharystycznego Ciała Pańskiego osobom świeckim na rękę.

W odniesieniu do Aleksandrii i diecezji egipskich można przytoczyć Klemensa Aleksandryjskiego (†przed 216/217) i Dionizego Aleksandryjskiego (†264/265), w odniesieniu do Palestyny: św. Cyryla Jerozolimskiego (†386). W przypadku regionu syryjskiego znajdujemy odpowiednie teksty u Afrahata (†ok.345), Efrema Syryjczyka († 373), Jana Chryzostoma (†407) i prawdopodobnie u Cyryllonasa. W odniesieniu do V w. można wspomnieć np. o Teodorecie z Cyru († ok. 466). Spośród Kapadocczyków zacytujmy Bazylego Wielkiego († 379) i Grzegorza z Nazjanzu (†390). Na Wschodzie znajdujemy jeszcze późniejsze świadectwa u Anastazego Synaity (†niedługo po 700) i Jana Damasceńskiego († ok.750). W Afryce północnej o wspomnianym zwyczaju świadczy Tertulian (†po 220), Cyprian (†258) , Augustyn († 430) w dwóch pismach polemicznych, oraz Quodvultusdeus (†ok. 453). W Rzymie i Italii to samo czynią: papież Korneliusz (251-253) – w liście przekazanym przez Euzebiusza, Ambroży (†397) w opisie człowieka po przedstawieniu jego stworzenia, Gaudencjusz z Brescii († po 406) , Piotr Chryzolog († 450) i Kasjodor († ok. 580). W Hiszpanii znajdujemy odpowiednie teksty w aktach synodu w Saragossie (380) i w Toledo (400). W Galii Cezary z Arles (†542) wspomina w swych kazaniach ten sposób udzielania Komunii. Beda Czcigodny (†753) potwierdza go w odniesieniu do Anglii.

Po roku 800 wspomniany sposób przystępowania do Komunii jest poświadczony jedynie jako przywilej duchowieństwa. Z powodu niebezpieczeństwa profanacji ze strony żydów i heretyków synod w Kordobie z 839 r. odrzuca pretensje kassjanistów do przyjmowania Komunii św. na rękę more levitarum [na sposób kapłanów Red.]. Réginon de Prüm w swoim dziele De Synodalibus causis, napisanym ok. 906 r., przypisuje synodowi w Rouen następujący kanon o obowiązkach kapłana:

„Niech nie kładzie [Komunii] ani na rękę świeckiego, ani na rękę kobiety, ale tylko do ust, wypowiadając następujące słowa: Ciało i Krew Pańska niech przyczynią się do przebaczenia twoich grzechów i doprowadzą cię do życia wiecznego. Jeśli kto złamie to polecenie, niech będzie odłączony od ołtarza, gdyż gardzi Wszechmocnym i Jemu samemu czci nie okazuje”. Chociaż do dziś istnienie wspomnianego synodu jest przedmiotem dyskusji, możemy uznać ten tekst za ważne świadectwo kanoniczne, gdyż groźba kary tego rodzaju zakłada, że praktyka przeciwna, tzn. Komunia do ust, była normą. Jest ona również przedstawiona jako jedyna dozwolona w Missa illyrica i w liturgii bizantyńskiej.

Jednak świadectwa na ten temat znajdują się już u Grzegorza Wielkiego († 604) i w relacjach dotyczących chorych. Na podstawie tego, co ustalił Mario Righetti, wydaje się, że w VI w. Komunia do ust była już bardziej rozpowszechniona niż kiedyś sądzono. Według Klausa Gambera zniesienie Komunii na rękę dokonuje się od V/VI w.

Oczywiście praktykowanie Komunii na rękę było niemożliwe wszędzie tam, gdzie Komunii św. udzielano per intinctionem (czyli z zanurzeniem w Przenajdroższej Krwi), a więc według zwyczaju – odrzuconego przez synod w Braga z 675 r. – który był bardzo rozpowszechniony, zwłaszcza w przypadku Komunii chorych, do tego stopnia, że ostatecznie przyjął się w wielu parafiach. W tej samej epoce rozdzielanie Komunii dokonuje się na Wschodzie zarówno z zanurzeniem, jak z pomocą łyżeczki. [Co wygląda jak na poniższym zdjęciu. Red.]

Jan z Avranche (†1079) podkreśla, że kapłan nie ma prawa komunikować z zanurzeniem, za to zezwala się na to ludowi,

„nie z powodu władzy, ale z powodu konieczności wywołanej przez lęk przed rozlaniem Krwi Chrystusa” .

Jednak aby żadna kropla Przenajdroższej Krwi nie spadła na ziemię, kiedy kapłan przenosi Komunię św. do ust komunikującego, pod jego brodę podkładano obrus. W Cluny używano w tym wypadku płaskiej podstawki ze złota, którą akolita trzymał poniżej ręki kapłana, gdy ten ostatni – zanurzał fragment Hostii w kielichu trzymanym przez subdiakona i kładł go do ust komunikującego. W tym przedmiocie liturgicznym możemy widzieć pierwowzór naszej pateny komunijnej.

Aż do XII wieku Przenajdroższej Krwi udzielano także świeckim (niezależnie od przypadków Komunii z zanurzeniem). Jej uroczyste szafarstwo przysługiwało diakonowi. Używano albo kielicha konsekracyjnego, albo kielicha specjalnie przeznaczonego do rozdzielania Sakramentu (ten ostatni jest wciąż w użyciu u Etiopczyków i wschodnich Syryjczyków).

Z określonych względów musimy jednak teraz zająć się szczegółowo pierwszym rodzajem obrzędu udzielania Komunii.

 

FSSPX: Powrót –dlaczego akurat teraz?


MPK03157

[Na obrazku flecista z Hameln i chronologia wydarzeń.]

Wszystkie miarodajne źródła, takie jak rorate caeli, Marco Tosatti, eponymous flower lub katholisches.info donoszą, że umowa pomiędzy Bractwem św. Piusa X. a Watykanem jest tak dalece gotowa, że brakuje jedynie podpisów. Nie jest to niczym nowym, gdyż o tym, że najmniej przychylny katolicyzmowi papież w historii Kościoła jest najbardziej przychylny Bractwu św. Piusa X. informowaliśmy i my na naszych łamach.[1]

O ile bardzo łatwo zrozumieć, dlaczego Watykan, bo tak będziemy określać na łamach tego wpisu, administrację antypapieża Franciszka, o tyle trudno nam zrozumieć motywy FSSPX.

Watykan pragnie:

  1. Kolejnej schizmy w łonie Kościoła, w których biskupi i księża promujący małżeństwa homoseksualne i komunię cudzołożników będą tak samo kanonicznie regularnie i katoliccy jak FSSPX.
  1. Kolejnego rozłamu Bractwa, które przed ostatnią próbą podpisania porozumienia z Benedyktem XVI. straciło sporo księży, w pewnym destrykcie znanym redakcji, było ich aż 1/3, chociaż nie wiemy w tej chwili, ile było ich w skali całego FSSPX.
  1. Przejścia byłych wiernych FSSPX pod opiekę duszpasterską biskupa Williamsona, który wyświęcił kolejnego biskupa lub innych sedewakantystów.
  1. Zagarnięcia i rozwiązania FSSPX na wzór Franciszkanów Niepokalanej.
  1. Utraty przez FSSPX wszelkiej wiarygodności i autorytetu jako organizacji prawdziwie katolickiej.

Wydaje nam się, że najgorszym jest właśnie punkt 5. Wierni, którzy szukali w Bractwie prawdziwej świętość, prawości i 100% katolicyzmu w katolicyzmie poczują się srodze zawiedzeni i zdradzeni. Zapytają bowiem, czy Bractwo kłamało do podpisania umowy z Franciszkiem, czy kłamie teraz. Gdzie spójność poglądów? Jak można podpisać porozumienie z najbardziej modernistyczny, heretyckim i destrukcyjnym papieżem, który najprawdopodobnie (bo my także czekamy na wyrok jakiegoś gremium) jest antypapą? Istnieją następujące możliwości:

  • Jeżeli Bergoglio jest antypapą, to nie ma on mocy delegacji urzędów kościelnych i jego decyzje nie są wiążące, ani nie pociągają za sobą skutków sakramentalnych, jak np. ważność spowiedzi. Zatem w tym wypadku regularyzacja kanoniczna Bractwa nastąpi jedynie na papierze, zgodnie z papieskim pozytywizmem, którego największym praktycznym orędownikiem, zdaje się być teraz właśnie Bractwo, a nie w realno-duchowym wymiarze. Nam wydaje się ta opcja najbardziej prawdopodobna.
  • Jeżeli Bergolio, wbrew naszym przypuszczaniom, byłby papieżem, to z momentem Amoris Laetitia popadł w herezję formalną, która nie została napiętnowana publicznie przez Kościół, bo kardynałowie są zbyt tchórzliwy i podobno, jako podaje blog anonimi della croce i za nim tv, kardynał Müller poradził kardynałom dubitariuszom, względnie im nakazał, by formalnej korekty nie przedstawiali, bo wywoła to schizmę i tak wybrali mniejsze zło.
  • Jeżeli wbrew wszelkim rozumnym argumentom Bergoglio byłby papieżem i nie-heretykiem formalnym, to wszelkie problemy związane z przyjęciem Bractwa do Kościoło pozbawionego doktryny i orientacji, w którym wszystko jest możliwe (anything goes), skoro nie ma prawdy, przysporzy zarówno FSSPX jak i Kościołowi mnóstwo trudności, przede wszsytkim na płaszczyźnie logicznej, a FSSPX będzie kolejnym okazem w zoo „posoborowego teologicznego pluralizmu”.

Jakkolwiek by na to nie patrzeć skutki, szczególnie dla samego FSSPX i jego wiernych będą opłakane. Ponieważ nie śledzimy ostatnio stron związanych z Bractwem, to nie interesuje nas kwestia, czy biskup Fellay posiada już całą władzę i uprawnienia do złożenia podpisu, czy też nie, czy potrzebuje zgody kapituły generalnej Bractwa, czy też nie, czy wierni FSSPX będą tę rekoncyliację finansować, czy też nie. Zakładamy, że skoro biskup Fellay „robi, to może”, jak ujmował kwestię o. Albert Krąpiec OP, tłumacząc zasadę Ab esse ad posse valet, a posse ad esse non valet consequentia, co można ująć tak, że jakby faktycznie takich negocjacji prowadzić nie mógł, to by ich nie prowadził. Jednak po co to robi? Czy Bractwo nie widzi herezji Franciszka, którym poświęcony jest niejeden blog internetowy, a na które do nich przyzwyczajeni przestaliśmy się już oburzać? Czy nie widzi ono planowanej destrukcji Kościoła?

Jak donoszą różne źródła planowana jest

To nie są niestety złośliwe i absurdalne wymysły naszej redakcji, ale informacje podawane przez onepeterfive lub Hilary White. Ta ostatnia donosi, iż, według jej watykańskich informatorów, w następnych miesiącach zaistnieją niżej podane zmiany, chociaż niekoniecznie w podaje kolejności:

  • Wprowadznie jakiegoś niekanonicznego „diakonatu kobiet“, który nie zostanie takim określony;
  • Przywrócenie do kapłaństwa laicyzowanych księży na własną z powodu zawartego małżeństwa wraz z możliwością trwania w tym małżeństwie;
  • Formalne zezwolenie na interkomunię z niekatolikami;
  • Dekrety udzielające konferencjom episkopatów uprawnień doktrynalnych;
  • Deklaracja soboro-podobnego zgromadzenia przywódców wszystkich religii odnośnie globalnego, humanistycznego i wolnego od chrześcijaństwa chrześcijaństwa.

Wieści te są ta przerażające, że portal onepeterfive snuje przypuszczenia, iż informujący o tym blog anonimi della croce jest li tylko kampanią dezinformacyjną Watykanu. Nam się tak nie wydaje, bo po co Watykan, który ma moc tworzenia faktów, patrz pontyfikat Franciszka, miałby troszczyć się o opinię publiczną w rozumieniu opinii katolików i tworzyć jakąś dezinformację? Chociaż informacje anonimi nie są, jak narazie, potwierdzone przez inne źródła, to są wewnętrznie dosyć spójne. Prawda bywa przerażająca, Franciszek też. Przecież nikomu się to nie śniło, wyjąwszy zwolenników demonicznych objawień MDM, dla których rzeczywistość jest potwierdzeniem boskiego pochodzenia objawienia. Niestety szatan też częściowo zna przyszłość i może zwodzić. Piszący te słowa ukończył dzisiaj na dobre pewien projekt, a wczoraj miał całą paletę dręczeń demonicznych w skali 8 na 10 możliwych. Diabeł wiedział, że dzisiaj sprawa się zakończy i mścił się jak mógł, bo zakłada niekorzystny dla siebie wynik, co piszącego te słowa bardzo cieszy. A dlaczego objawienia MDM nie są autentyczne? Między innymi dlatego, że nie pozostawiają promyka nadzieji, głoszą wszechpotęgę złego i częściowo się nie sprawdziły, nie mówiąc już o mało świątobliwym życiu „wizjonerki”. Jednak najbliższa przyszłość będzie ciężka, diabeł o tym wie, a ludzie wolą wierzyć, że tak źle nie będzie. I tak jakiś czytalnik w komentarzach na onepeterfive napisał, że po stwierdzeniu Stevena Skojeca, że anonimi to fake news poczuł się lepiej. Oczywiście, to pięknie, ale dobre samopoczucie to nie wszystko. Niestety konserwatywnym blogom kończą się bohaterzy pozytywni, bo:

  • Ani Benedykt XVI,
  • Ani Kardynał Müller,
  • Ani kardynał Burke,
  • Ani kardynałowi dubitariusze, co stchórzyli,
  • Ani biskup Schneider, bo ostatnio milczy,
  • Ani ktokolwiek bądź.

Nam jest to obojętne, bo nasi liczni czytelnicy i tak nam prawie nie płacą, więc nie jesteśmy od ich samopoczucia zależni, a Steven Skojec ma żonę, siedmioro dzieci, kilku pracowników na utrzymaniu i prawdopodobnie kredyty do spłacenia, więc musi argumentować spolegliwie. My nie musimy, a wiernym Bractwa pozostaje jakaś wiara w „nachnione wodzowstwo biskupa Fellaya”.

Wracając do kwestii opłatanego stanu Kościoła i FSSPX, to przyjąć należy, że chodzi po prostu o stołki i być może purpurę kardynalską dla biskupa Fellaya, bo biskupem prałatury personalnej i tak będzie. Czy to wszystko? Nie, chodzi także o pensję dla księży, nieruchomości w Rzymie etc., o wejście na salony, który były dotychczas przed Bractwem zamknięte. Czy warto w tym celu paktować z Franciszkiem? Najwyraźniej tak. Ponieważ piszący te słowa bywał swego czasu bardzo często w towarzystwie księży, to wie, że tzw. kariera jest dla nich naprawdę wszystkim, a tematyka „kto pójdzie wyżej” nie schodzi im z ust. Stąd ta mania tytułów, zaszczytów, ozdób, co ganił już św. Jan Chryzostam w swoim „Dialogu o kapłaństwie”. O ile istnieją typowo klerykalne cechy i zalety, jak i klerykalny sposób bycia, w dobrym i złym tego słowa znaczeniu, tak też istnieją czysto klerykalne grzechy i wady, które rzeczywiście u świeckich nie występują. Pogoń za karierą i to za wszelką cenę niestety do tych cech należy. I tak po prawdopodobnym podpisaniu umowa Bractwo stanie się głównym orędownikiem papiestwa Bergoglio, papieskiego pozytywizmu, orwellowskiego dwumyślenia oraz posoborowego „z jednej strony i zasadniczo, z drugiej natomiast pastoralnie”. I do czego to doszło?

[1] https://wobronietradycjiiwiary.wordpress.com/2015/09/01/papiez-udziela-fsspx-jurysdykcji-spowiedzi-na-rok-milosierdzia-lub-balaganu-ciag-dalszy/ https://wobronietradycjiiwiary.wordpress.com/2017/03/02/biskup-peric-w-medjugorje-zadnej-matki-boskiej-nie-bylo/

Ks. Martin Lugmayr FSSP, Historia obrzędu udzielania Komunii świętej (1 z 4)


Komunia na rękę

Piszący te słowa zawsze bardzo się cieszy, ilekroć może przytoczyć coś wartościowego, co nie wyszło z jego pióra, a co utwierdza go w przekonaniu, że nie jest sam jeden na świecie (choć niekiedy tak się czuje) i że istnieją poza nim jeszcze inni teologowie, znający Tradycję i kochający Kościół. Jednym z nich jest ksiądz Martin Lugmayr z Bractwa św. Piotra (FSSP), który opublikował lektury godną książeczkę na temat przyjmowania komunii w historii Kościoła, pt. Komunia na rękę. Badania historyczno-dogmatyczne, w której znajdują się także wszystkie przypisy do podanych w artykule twierdzeń.[1] Tak na wszelki przypadek, gdyby ktoś nam lub księdzu Lugmayrowi nie wierzył. Broszura ta w formacie książeczki do nabożeństwa liczy sobie 61 stron, poprzedzona została wstępem katolickiego filozofa Roberta Spaemanna i jest sama w sobie jak najbardziej lektury godna. Poniżej załączamy jej polskie streszczenie znalezione w internecie, które oszczędza nam trudu pisania własnego artykułu na ten temat lub tłumaczenia książeczki Lugmayra. Kwestię komunii świętej na rękę będziemy z pewnością jeszcze pogłębiać, ale na początek publikacja księdza Lugmayra, do której serdecznie zachęcamy. Od czasu do czasu wprowadzimy własne streszczenia lub komentarze, gdyż wydaje nam się, że nie każdy poniższy tekst od razu zrozumie, bo ks. Lugmayr jednak sporo wiedzy podświadomie zakłada.

1. Uwaga wstępna

Historyk może starać się wyjaśniać wydarzenia z przeszłości, umiejscawiając je w szerszym kontekście i ukazując ich przyczyny. Może je rzeczywiście wyjaśnić lub zinterpretować tylko wtedy, jeśli osobiście żywi zainteresowanie dla określonej dziedziny, jeśli rozumie odnoszące się do niej uwarunkowania wewnętrzne, oraz jeśli może zaangażować się osobiście w ich studium. Temu, kogo nie interesuje absolutnie polityka, będzie trudno napisać historię Anglii lub Francji. Ten, kto wyklucza możliwość cudów, sam sobie zamyka dostęp do dziejów Izraela, naszego Pana Jezusa Chrystusa i Kościoła. Nie tyle jako historyk, ile jako kiepski filozof. Jakie konsekwencje wynikają z tych rozważań dla naszego tematu? Dzieje obrzędu Komunii nie mogą być rozważane z punktu widzenia czysto historycznego. Jeśli z jednej strony mamy Najświętszy Sakrament, a z drugiej człowieka, zrozumienie obrzędu polegającego na komunii Pana, obecnego w sakramencie, z wiernymi musi objąć zarówno eucharystyczne misteria wiary, jak i rzeczywistości związane z relacją istniejącą między Bogiem i człowiekiem, oraz symboliczny wyraz wypełnienia tej rzeczywistości.

2. Świadectwo Nowego Testamentu

W Piśmie Św. nie znajdujemy szczegółowej relacji na temat sposobu przyjmowania Komunii. Możemy jednak dokonać kilku interesujących spostrzeżeń.

Ze słów Chrystusa: „Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje” (Mt 26, 26), wywnioskowano, że „branie” wyklucza „przyjmowanie” – co musiało mieć późniejsze konsekwencje w obrzędzie. Można na to odpowiedzieć następująco: po pierwsze, św. Łukasz podkreśla, że to Pan dał swe ciało uczniom (Łk 22, 19); po drugie, niedostatki tłumaczeń na języki współczesne okazują się ewidentne, gdy odniesiemy się do pierwotnego tekstu natchnionego. Słowo lambanein oznacza co prawda etymologicznie „brać, uchwycić”, ale może być rozumiane według dwóch znaczeń: albo – w sensie jakiejś aktywności – jako „brać, umieszczać w zasięgu swej władzy”; albo w sensie „przyjmować, otrzymywać”. To drugie znaczenie pojawia się w Nowym Testamencie głównie wtedy, gdy chodzi o relację Bóg-człowiek. Jesteśmy po prostu tymi, którzy otrzymują. Z teologicznego punktu widzenia jest nie do pomyślenia, by człowiek brał ciało Chrystusa, aby je mieć do swej własnej dyspozycji. Dlatego można sądzić, że istnieje ryt zdolny do zadośćuczynienia tej zasadzie. Słowo labete powinno być wówczas rozumiane w znaczeniu „przyjmować”.

Odpowiadające słowu lambanein hebrajskie słowo lkh oznacza „wziąć, brać, nabyć”, ale również „przyjąć, otrzymać, uzyskać”. Tak samo w innym ważnym języku, spokrewnionym z językiem Pana – w języku syryjskim. Termin nsb, z powodu swego rdzenia znaczy „brać”, ale ma również sens „przyjąć”, jak to można potwierdzić na podstawie opisu Komunii św., podanego przez św. Efrema Syryjczyka.

Potwierdzenie naszej tezy można znaleźć w pismach pierwotnego chrześcijaństwa. I tak Orygenes podkreśla, że Chrystus czyni nam dar ze swego ciała i krwi:

„Jeśli idziesz z Nim obchodzić Paschę, ofiarowuje ci kielich nowego przymierza i chleb błogosławieństwa, ofiarowuje tobie swe własne ciało i swoją własną krew”.

Justyn Męczennik podkreśla ze swej strony, że Chrystus ofiarowuje swe ciało i krew jedynie swoim apostołom:

„gdyż apostołowie w swych pismach nazywanych Ewangeliami, przekazali to, co było dla nich przeznaczone: Jezus wziął chleb, złożył dziękczynienie i rzekł: „To czyńcie na moją pamiątkę, to jest Ciało moje”; w ten sam sposób wziął kielich, dzięki czynił i rzekł: „To jest Krew moja”. Oraz że dał je tylko im” .

Poza tym z fragmentu J 13, 26 wynika, że Pan położył zamoczony kawałek na wargach Judasza (ale tekst nie pozwala na jasne sprecyzowanie, o co chodzi).

[Uwaga Redakcji: Autor chce powiedzieć, że biorąc pod uwagę samo słownictwo języka aramejskiego, pochodnego hebrajskiego, w którym została napisana pierwotnie przynajmniej jedna Ewangelia, jak i języka syryjskiego, który z kolei od aramejskiego pochodzi, jest rzeczą bardzo mało prawdopodobną, że Apostołowie brali sobie Ciało i Krew Chrystusa sami, czyli odłamywali chleb lub czynili inne czyności wskazujące na „komunię na rękę”. Dlatego też argument „odnowicieli”, że Apostołowie też tak komunikowali jest błędny, bo

a. nie wiemy, bo nas przy tym nie było,

b. nie jesteśmy Apostołami i wielu przywilejów nie mamy,

c. ryt Kościoła musi z jakiś sposób tę pierwszą komunię oddawać,

d. Tradycja jest wiarygodniejszym świadkiem, niż koncepcje liturgiczne powstałe w XX w.

Apostołowie „przyjmowali”, a nie „brali” w rozumieniu samodzielnej czynnej czynności.]

Z pierwszego listu do Koryntian można wnioskować, że wszyscy ci, którzy żyli w grzechu ciężkim, byli wyłączeni ze wspólnoty przyjmujących Komunię (1 Kor 5, 6-13). Poza tym i ci, którzy dopuścili się grzechów ukrytych, mieli się powstrzymać od komunikowania, o ile nie chcieli uczynić się winnymi Ciała Pańskiego (1 Kor 11, 27). Ze względu na tak surowe napomnienie, którego nieprzestrzeganie pociągnęłoby za sobą kary Boże (por. 1 Kor 11, 30 n), z pewnością musiały istnieć odpowiednie obrzędy, (1) pozwalające na to, by nie przystępować do Komunii, (2) i uświadamiające konieczność zachowania szacunku i świętej bojaźni. Jest to o tyle pewne, że – jak to zauważa C.F.D. Moule –

„w Nowym Testamencie jedyne wyraźne odniesienie do przygotowania uczty Pańskiej zostało sformułowane w kontekście sądu (judgment)” .

[1] Lugmayr, Martin, Handkommunion. Eine historisch-dogmatische Untersuchung, Butterwiesen: Stella Maris 2001.

Teologia wielkiego egzorcyzmu: Lęk demonów


Satan before

Piszący te słowa unika pisania w pierwszej osobie, ponieważ zależy mu na obiektywności, którą trudno osiągnąć, gdy zbiór zawiera tylko jeden element zbioru, a mianowicie jego własne przeżycia. Tymniemniej niekiedy może podać przykład do pewnej ogólnej teorii wyłącznie na podstawie własnych przeżyć, bo nikogo innego nie zna, kto by takie przeżycia miał, nie mówiąc już o tym, że z mało kim może na takie tematy jak demoniczne pochodzenie lęku rozmawiać. Jak już zostało podane w innym wpisie i w komentarzach do niego, pewnym rodzajem demonicznych dręczeń jest odczuwanie lęków, które są nieporcjonalne do sytuacji, jak i nie odpowiadają osobowości danego człowieka.

Piszący te słowa doświadczał bardzo silnych lęków podczas pisania cyklu o aniołach i doświadcza ich także w tej chwili, kiedy kończy pisanie pewnej ważnej sprawy, której nie wyjawi, a która długotrwale zaszkodzi złemu duchowi. Silnych lęków doświadcza także robiąc ten wpis do tego stopnia, że litery plączą mu się przed oczyma i ma słabą koncentrację. A co w tym wpisie strasznego? Ano właśnie nic. Nic biorąc pod uwagę interesy człowieka, bo jeden wpis mniej czy więcej na temat demonologii niczego nie zmieni, jednak coś biorąc pod uwagę interesy złego ducha, który zostanie najwyraźniej tym wpisem kolejny raz zdemaskowany. (I oto po napisaniu tego ostatniego słowa lęki mocno zelżały.) Jak już pisaliśmy,  gdy demony atakują nas z zewnątrz, to jest podczas dręczeń, gdyż opętanie polega na tym, że demony posługują się naszym ciałem, wówczas dają nam odczuć cechy swojej osobowości, to jest nienawiść, pychę, zawiść i lęk. Skoncentrujmy się teraz na lęku, bo jest to dosyć popularne dręczenie, które mało który spowiednik rozpozna, a nie rozpoznawszy zacznie psychologizować.

Skąd wiemy, że demony się boją?

Wiemy to z Pisma Świętego, gdzie czytając opisy opętań widzimy, że złe duchy krzyczą. Niech jako przykład służy Ewangelia wdł. Św. Marka:

Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: «Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży». Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego!». Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. (Mk 3, 23-26)

A dlaczego krzyczą? Ponieważ boją się, że zostaną a. zdemaskowane, b. odesłane z powrotem do piekła, gdzie jest im gorzej przebywać, aniżeli w opętanym. O lęku demonów wiemy także z Wielkiego Egzorcyzmu z Rituale romanum, który zamieściliśmy już po łacinie tutaj. Liturgia, oczywiście przedsoborowa, jest bardzo ważny źródłem teologii i stanowi jeden z pierwszych locus theologicus, czyli miejsc, którymi karmi się teologia. Najpierw jest Pismo Święte, potem Tradycja, a następnie już liturgia. Liturgia to praktyczna i działająca teologia, a Kościół przed Vat.II niczego do liturgii nie wpuszczał, co bym mu szkodziło, a po Vat.II wpuścił i zaszkodziło, patrz Franciszek. Z czasem przełożymy łaciński tekst egzorycyzmu na polski, byśmy wiedzieli, czym się modlimy. Teksty egzorcyzmu są tak głębokie, że warto napisać kiedyś teologię wielkiego egzorcyzmu, która ujawni siłę Kościoła i słabe punkty złego ducha. Nie wolno jednak odmawiać tego egzorcyzmu nad opętanymi nie będąc egzorcystą, ale można odmawiać go nad sobą w nagłych i niespodziewanych trudnościach, jak czyni to piszący te słowa, a czyni to nierzadko. Z doświadczenia wynika, że samo trzymanie tekstu egzorcyzmu na biurku czy jego wybiórcza lektura, bardzo złego ducha uspokaja, gdyż nagle i sprawnie reperuje się łącze internetowe, nikną różne problemy software’owe i znajdują się zagubione przedmioty, których się przedtem podczas poszukiwań nie dostrzegało. Wszystko to bardzo ciekawe i doświadczalne. Piszący te słowa miał kiedyś kota, o którym nie napisze, że bywał on – kot – niekiedy nieznośny, ale jak to ujmują mamusie i tatusiowe mówiąc o swoich nieznośnych dzieciach, odznaczał się „wyjątkowo silną osobowością”. Więc kot także odznaczał się „wyjątkowo silną osobowością” i był dosyć nieustraszony, jednak bał się odgłosów i działania suszarki. Bał się jej do tego stopnie, że niekiedy potulniał na sam jej widok, jak demony na widok egzemplarza Rituale romanum. A dlaczego demony potulnieją? Bo wiedzą, że jak egzemplarz już leży, to zacznie być odmawiany, skoro zawiera skuteczne egzorcyzmy, zmuszające je do ucieczki, im dłużej człowiek je odmawia.

Na czym polega właściwie egzorcyzm? Na utworzeniu takiej dawki świętości za pomocą sprawdzownych modlitw Kościoła oraz świętości osobistej egzorcysty, by demon uciekł. A ponieważ już apostołowie mieli doświadczenia ze złym duchem, to w ciągu historii Kościoła wiele pokoleń chrześcijan wypróbowało, szczególnie wśród ojców pustyni i pustelników, którzy z braku ludzi atakowani byli przez demony bezpośrednio, co na demona szczególnie działa. I chociaż Rituale romanum pojawiło się dopiero w 1614 roku, to zawiera ono mnóstwo skutecznych modlitw, które sprawdziły się antydemonicznie w ciągu wieków. Analizując zatem teksty Rituale odnoszące się do lęku demonów dowiemy się więcej o nich samych, po to, by je zwalczać.

Lęk demonów w Rituale romanum

Jak już pisaliśmy w naszym cyklu o aniołach oraz przytaczaliśmy w kontekście opętania w Loudun demony odczuwają świętość Boga jako coś, co im zagraża, gdyż po swoim upadku odbierają dobro jako zło i odwrotnie. Zatem wszystko, co dobre, święte, czyste etc. jest dla demona nieznośne. Tę prawdę teologiczną potwierdził także demon Lewiatan podczas egzorcyzmu w Loudun, że zmuszony przez Boga przebywać w ciele uświęcającej się zakonnicy przeżywa katusze. Obecność Boga demona przeraża. I dlatego korzystając z Rituale egzorysta modli się:

Da, Domine, terrorem tuum super bestiam, quae exterminat vineam tuam.

Daj, Panie, przerażenie Twoje nad bestią, która wyniszcza Twoją winnicę.[1]

Jest to tłumaczenie dosłowne, ale lepszą polszczyzną byłoby „daj przerażenie Twoje bestii”, przy czym chodzi nie o to, że Bóg jest czymś przerażony, ale przerażony jest szatan, który tymże Bożym przerażeniem, jako skutkiem swojej apostazji, jest karany.

W części właściwej egzorcyzmu, zaczynającej się od Exorcizo te – „Zaklinam cię duchu nieczysty” czytamy:

Audi ergo, et time..

Słuchaj więc, i lękaj się

Illum metue, qui in Isaac immolatus es, in Joseph venumdatus

Jego [Chrystusa] lękaj się, który w Izaaku został ofiarowany, w Józefie sprzedany ..[2]

Egzorcyzm przywołuje tutaj tzw. figury Chrystusa obecne w Starym Testamencie oraz wszystkie dzieła zbawcze Słowa przed Wcieleniem i po Wcieleniu.

Następnie czytamy o tym, co czyni diabeł opętanym:

Deus, conditor et defensor generis humanis, qui hominem ad imaginem tuam formasti : respice super hunc famulum tuum N.., qui (hanc famulam fuam N., quae) dolis immundi spiritus appetitur, quem vetus adversarius, antiquus hostis terrae, formidinis horrore circumvolat, et sensum mentis humanae stupore defigit, terrore conturbat, et metu trepidi timoris exagitat.[3]

Boże, Stworzycielu i Obrońco rodzaju ludzkiego, który ukształtowałeś człowieka na obraz Swój: wejrzyj na tego sługę twego N., który (służebnicę twoją N., którą) podstępami ducha nieczystego został zwiedziony, którego stary przeciwnik, pradawny wróg ziemi, przerażenia lękiem otacza i zmysł umysłu ludzkiego drętwotą przytwierdza, przerażeniem mąci i lękiem przerażenia strachu podnieca.

Widzimy, że tekście tym przedstawiona jest cała gama łacińskich określeń strachu lub lęku, takich jak: formido, horror, terror, metus i timor. Więcej określeń naprawdę już nie ma i wydaje się, że egzorcyzm określa wszelkie odcienie lęku lub przerażenia znane człowiekowi. Zły nie tylko lękiem „otacza” (circumvolat), ale i strachem „podnieca” (exagitat) lub w górę podrzuca. Ciekawym jest także zabieg całkowitego otępienia umysłu (stupor mentis), którym to diabeł umysł „przytwierdza” (defigit). Właśnie czegoś podobnego doświadcza w tej chwili piszący te słowa, co trudno wytłumaczyć racjonalnie, bo jest wypoczęty i wyspany. Egzorcyści opowiadają, że dręczeni lub opętani, chociaż inteligentni, mają niekiedy problemy z odpowiedzeniem na proste pytania, zaliczeniem egzaminów z powodu niewyjaśnialnych lęków, które oczywiście nasilają się podczas samych egzorcyzmów. Po czym znikają. Jeżeli nasze lęki nie mają przyczyn naturalnych, o które należy najpierw zapytać, być może mają przyczyny duchowe, a wtedy pomaga tenże egzorcyzm jako osobista modlitwa. Dalej tekst egzorcyzmu mówi:

Da, Domine, ad hanc invocationem sanctissimi nominis tui gratiam, ut, qui hucusque terrebat, territus aufugiat …

Daj, Panie, dla tego wezwania przenajświętszego imienia Twego łaski, by, ten [diabeł], który się aż dotąd bał, przerażony uciekł…

No właśnie, diabeł boi się ujawnienia oraz boi się modlitw podczas samego egzorcyzmu, długo nie wytrzymuje i ucieknie, zależnie oczywiście od woli Bożej i świętości egzorcysty. Ten ostatni modli się następnie tymi słowami:

Adjuro te, serpens antique, […] ut ab hoc famulo Dei N., qui (ab hac famula Dei N., quae) ad Ecclesiae sinum recurrit, cum metu, et exercitu furoris tui festinus discedas.

Zaklinam cię, wężu starodawny, […] byś od tego sługi Boga N., który (tej służebnicy Boga N., która) na łono Kościoła powraca szybko odstąpił z lękiem i po wyrażeniu wściekłości swojej.

Diabeł ma odstąpić z lękiem (cum metu), ale dlaczego z „wyrażeniem” lub „po wyrażeniu” wściekłości jego (exercitu furoris)? Egzorcyści opowiadają, że diabeł na koniec coś z opętanym robi, to rzuci go o ziemię, to zakrzyczy. Może już tak musi, a może egzorcysta nakazuje mu dać ostateczny znak. Jakby nie było diabeł ma odstąpić z lękiem i to jego własnym. Następnie egzorcysta mówi:

Illius brachium contremisce …[4]

Jego [Chrystusa] ramienia się lękaj …

Sit tibi terror corpus hominis + (in pectore), sit tibi formido imago Dei + (in fronte).[5]

Niech będzie ci przerażeniem ciało człowieka + (na piersi), niech będzie ci lękiem obraz Boga + (na czole)

Symbol + oznacza znaczenie krzyżem, na piersi lub na czole, gdyż najwyraźniej to sakramentalium powoduje lęki demona tkwiącego w opętanym ciele.  Następnie w Rituale przeczytać można

Contremisce, et effuge, invocato nomine Domini illius, quem inferi tremunt…[6]

Lękaj się i uciekaj, po wezwaniu imienia tego Pana, którego boją się piekła..

Adjuro ergo te, […] et in homine miserabili non humanam fragilitaten, sed imaginem omnipotentis Dei contremiscas.

Zaklinam więc cię, byś w biednym człowieku nie ludziej ułomności, ale obrazu wszechmocnego Boga się lękał.

Cede Deo + qui te per fidelissimus servum suum David de rege Saule spiritualibus canticis pulsum fugavit.

Ustąp przed Bogiem + który przez najwierniejszego sługę swego Dawida ciebie od króla Saula poprzez pieśni duchowe przepędził.

Jest to fragment interesujący teologicznie i ukazujący, że Bóg pokonywał diabła także w ST poprzez swoich patriarchów i świętych. Co ciekawe zły duch był przepędzany od Saula za pomocą „pieśni duchowych (spiritualibus canticis). Egzorcyści mówią, a piszący te słowa może to potwierdzić, że także chorał gregoriański działa antydemonicznie. Autor tych słów śpiewał kiedyś chorał gregoriański w pewnym nieregularnym kanonicznie miejscu i obserwował bardzo dużą irytację z tego powodu u niektórych wiernych. Ten chorał sprawiał im oczywisty ból. Oczywiście zaraz ktoś złośliwie napomknie, że śpiewał koszmarnie i to dlatego. Ale prawda jest inna, koszmarnie nie śpiewał, bo nie każdy reagował wstrętem i nie chodziło o jego wykonanie, ale o sam chorał. Wtedy bardzo się dziwił tym reakcjom, których sobie duchowo nie był w stanie wytłumaczyć. A tymczasem Rituale wszystko wyjaśnia. Następnie tekst egzorcyzmu mówi:

Cede Deo + qui te in Juda Iscariote proditore damnavit. Ille enim te divinis + verberibus tangit, in cujus conspectu cum tuis legionibus tremens et clamans dixisti : Quid nobis et tibi, Jesu, Filii Dei altissimi ? Venisti huc ante tempus torquere nos ?

Ustąp przed Bogiem  + który Cię w Judaszu Iskariocie zdrajcy potępił. Ów bowiem Cię boskimi + biczami dotyka, przed Którego obliczem wraz ze swoimi legionami trwożąc się i krzycząc rzekłeś : „Co mamy z Tobą wspólnego, Jezusia, Synu Boga Najwyższego ? Przyszedłeś tu, by przed czasem nas dręczyć”?

Zatem diabeł działał w potępionym Judaszu, w którego wszedł, jak mówi Ewangelia (J 13, 27). Ciekawe jest, że modlitwy i sakramentalia się dla rażą diabła boskimi biczami (verberibus divinis), którymi Kościół – Mistyczne Ciało Chrystusa – smaga szatana tak samo, jak Chrystus swoimi słowami za ziemskiego życia. Stwierdzenie, że Chrystus przyszedł „przed czasem, by demony dręczyć” oznacza okres przez Sądem Ostatecznym, skoro miejsce przebywania demonów przed Sądem różni się, jak już wspominaliśmy, od tego, po Sądzie. Obecność Chrystusa i Jego egzorcyzmy były dla demonów dręczenim ich, co robi także Kościół podczas egzorcyzmów, jak i my poprzez nasze modlitwy, szczególnie tradycyjne i łacińskie.

I tak niniejszy wpis zawdzięczamy demonom, które autora tych słów straszyły i dręczył aż doczekały się tego wpisu. Ponieważ piszący te słowa pisał coś innego, a diabeł znając przyszłość wiedzieł, co napisze, więc dręczył go przed faktem, który bez tego dręczenia by nie nastąpił. Ach, te diabelskie paradoksy czasu. Jakby nie było bardzo zachęcamy do tego, by diabła się nie bać, robić mu konsekwentnie na złość, „odszczekiwać się prześladowcy ze dwora” (Miś), bo najwyraźniej on boi się nas bardziej niż my jego i te właśnie odczucia nam komunikuje. Amen.

Porada praktyczna

Ktoś może powiedzieć:

„Dobrze, wiemy, że demony się boją i że jest to poprawne teologiczne, ale co mi z tego, kiedy sam zaczynam się bać?”

Otóż w takich chwilach należy sobie zamieszony u nas egzorcyzm wydrukować, uklęknąć i zacząć go po łacinie, przynajmniej półgłosem odmawiać. Przy literze N. (nomen) wstawić własne imię, a przy symbolu krzyża przeżegnać się. Lęki ustąpią, co wiemy z doświadczania, co ma także przyczyny naturalne, a mianowicie koncentrację na nieznanym i raczej trudnym tekście. Osoby znające łacinę, których jest wśród naszych czytelników mniejszość, skoncentrują się na tekście i będą go rozważać. Osoby łaciny nieznające będą miały wystarczająco dużo trudności z prawidłowym odczytaniem tekstu. Nie odgrywa większej roli, że się tego nie rozumie, ale że to działa. Są to modlitwy długie, zwłaszcza gdy odmówi się wszystkie Ewangelie, psalmy, wyznanie wiary etc., ale lenistwem złego ducha jeszcze nikt nie pokonał. Na wypadek, gdyby ktoś pomyślał, że tak zadziała każdy nieznany tekst poprzez odciążenie systemu limbicznego, odpowiedzialnego za lęk, poprzez aktywność płatów skroniowych (praefrontal cortex), to sugerujemy, by najpierw odmówił on egzorcyzm, a potem np. Vergiliusza lub De bello Gallico Cezara, skoro już łacina, zobaczył, czy skutki te same i nas o tym poinformował. Jesteśmy ciekawi.

[1] Ritus exorcizandi obesessos a daemonio, w: Rituale romanum Pauli V etc. Editio juxta typicam vaticanam, Roma 1944 [Repr.], 329. Jest to wydanie zamieszczone na naszej stronie.

[2] Tamże, 332.

[3] Tamże, 332.

[4] Tamże 333.

[5] Tamże.

[6] Tamże, 334.

Maria Kominek OPs, Dlaczego nie klękamy?


To, że Komunię świętą należy przyjmować zawsze na kolanach nie powinno być w ogóle kwestionowane. Przed Bogiem należy się ukorzyć, klęknąć, oddać Mu chwałę. Szczególnie w momencie, gdy On przychodzi do nas, gdy zniża się do tego, by z nami się połączyć. Dlaczego więc nie klękamy, gdy przyjmujemy Komunie św.? Przecież jeszcze nie tak dawno wszędzie klękano do przyjęcia Komunii św. Chwalebny ten zwyczaj utrzymał się obecnie w bardzo niewielkiej liczbie kościołów.

Wydaje się, że jest kilka powodów. Uczono nas przez wiele, wiele lat, że należy iść do Pana z godnością i procesyjnie, bowiem w ten sposób wyrażamy swoja gotowość do podjęcia drogi chrześcijańskiej, świadczymy o tym, że jesteśmy pielgrzymami do Nieba, idziemy wspólnie, razem do Boga. Teologia ta nie jest zasadniczo błędna, choć nie uwzględnia wszystkich aspektów przystępowania do Komunii świętej.  Teologia – teologią, a praktyka – praktyką. Praktyka zaś ukazuje wszystkie mankamenty procesyjnego podchodzenia do komunii. Jest to  zasadniczo podchodzenie w kolejce, które często wygląda bardzo różnie. Ludzie klękają przed plecami poprzednika, co czasami powoduje zmieszanie w kolejce. Nie bardzo wiadomo komu oddają cześć. Gorzej jest na mszach dla dzieci – dzieci często się przepychają i rozmawiają, upominają się nieraz wzajemnie, by wypluć gumę!, odchodzą rozmawiając. Najgorzej jest jednak na mszach uroczystych, w których uczestniczy wielka liczba ludzi. I to niezależnie od tego czy są to msze polowe czy w świątyni – zawsze jest bardzo źle. Księża przepychają się przez tłum, tłum napiera na księży. Księża podają komunię tym z przodu tłumu i tym z tylu. Nie ma żadnego skupienia, żadnego momentu adoracji w czasie przyjmowania komunii. Widziałam (nie wymyślam, widziałam!) księdza, który chodził po ławkach, trzymając w jednym ręku puszkę z komunikantami. Młody i sprawny – jakoś się nie potknął, ale to nie zmienia faktu, że Panu Jezusowi szacunku żadnego nie okazano. Widziałam wielokrotnie jak upadają partykuły – przecież na mszach z taką ilością ludzi raczej nie pamięta się o patenach. A gdyby ludzie mieli podejść spokojnie do księży rozdających komunię, uklęknąć i w spokoju odejść, to nie byłoby bałaganu, nie byłoby przepychanki i co najważniejsze – nie byłoby obrazy Chrystusa Pana. Jednak nauczono nas podchodzić w kolejce (procesji) i nie zastanawiamy się nad tym. Przecież księża tak uczą – więc musi tak być dobrze.

My – wierni jesteśmy jak owce. Tak nauczał Pan Jezus i wbrew temu, co twierdzą niektórzy egzegeci, nauczał tak nie dlatego, że ówcześni ludzie znali tylko życie pasterskie i inne przykłady byłyby dla nich niezrozumiałe, ale dlatego, że owce są na tyle głupie, że bez pasterza nie dadzą rady. Jeśli pasterz jest dobry, to i stado pójdzie we właściwym kierunku. A jeśli jest zły – stado łatwo stanie się łupem wilków. Pasterz zresztą nie koniecznie musi być zły. Może być tylko bezmyślny, może jego też tak nauczono, a on jest bezrefleksyjny. I jest przekonany, że nie ma nic lepszego niż procesyjne podchodzenie do komunii.

Wszystko ostatecznie zależy od pasterzy. Znam pewnego księdza, który prosi wiernych, by przyjmowali komunię św. na kolanach, o ile nie mają przeszkód zdrowotnych. No i raczej wszyscy przyjmują na klęcząco. Ale w tym samym kościele następnego dnia mszę św. odprawia inny ksiądz i staje z puszką nic nie mówiąc – wszyscy podchodzą „na stojąco”. A to są zawsze ci sami ludzie, którzy chodzą codziennie do kościoła. I w zależności od tego kto odprawia mszę św. w inny sposób przyjmują komunię.

Pasterze… Ale od kilku lat Najwyższy Pasterz daje nam przykład – komunię św. należy przyjmować na kolana. To dlaczego tak mało wiernych klęka?  Są dwa powody. Jeden – to zwyczajnie się wstydzą. Nie chcą się wyróżniać, boją się ludzkiej opinii. Parę razy zadano mi takie pytanie: Nie boisz się, że pomyślą, że jesteś wariatką? No jakoś się nie boję, ale faktem jest, że w każdej parafii jest jakaś osoba nie w pełni sprawna umysłowo i najczęściej taka osoba regularnie przystępuje do komunii na klęcząco. Ponieważ się nie boi i nie wstydzi.

Drugi powód to zrażenie się po kilku próbach. Albo ksiądz pominął, albo kazał czekać aż wszystkim innym rozda komunię, albo po prostu odmówił. (Kiedyś, gdy odczekałam aż wszyscy przyjmą komunię na stojąco i dalej klęczałam obok księdza, on się zwrócił do mnie i zapytał: „A pani na co czeka tutaj, na komunię?” Był to młody kapłan i chyba pierwszy raz się spotkał z takim „dziwolągiem”.) Więc ludzie się zrażają i nie próbują więcej.

Krajski proponuje, by się skrzyknąć i razem uklęknąć przed księdzem, tak by wymusić udzielenia komunii św. na klęcząco. Może to być skuteczne, tylko skąd znaleźć tylu chętnych. Kiedyś tak zrobiliśmy, było nas chyba sześć osób. Kapłan jednak stanął obok nas i rozdawał innym (na stojąco), w końcu się jednak zlitował i nad nami. Gdyby cały pierwszy stopień był zajęty klęczącymi, może sprawa wyglądała by inaczej…

Ostatecznie nic się nie zmieni, póki kapłani nie zaczną (za przykładem Ojca Świętego) udzielać komunii św. klęczącym i wyjaśniać wiernym, że powinni Bogu oddać należną Mu chwałę. Ale po czterdziestu kilku latach ruiny nie jest łatwo odbudowywać.

Nam zostaje modlić się do Matki Bożej za kapłanów i niezależnie od opinii ludzkiej przyjmować Chrystusa Pana na kolanach.

Maria Kominek OPs

6 sierpnia 2012

Źródło: http://www.bibula.com/?p=59524

Uwaga Redakcji: Ten wpis dnia 18.03.2017 na kilkanaście minut pierwszy raz w historii tego bloga „skasował się sam”, więc demony złości. Cierpliwie przywracamy go. Ech …

Zarys angelologii (19 z 23). Miejsce przebywania demonów oraz ich zadania.


Angels

Święty Tomasz o miejscu przebywania demonów

O ile teza o wpływie demonów na elektryczność i internet jest opinio theologica, a nawet opinio pia naszej redakcji, to pogląd o powietrzu jako o miejscu przebywania jest tradycyjny. Przekażmy głos św. Tomaszowi z Akwinu, który kwestię tę podejmuje w Summ. Theol. Ia, q. 64, a.4.[1]

Artykuł 4

CZY MIEJSCEM KARY SZATANÓW JEST OTACZAJĄCE NAS POWIETRZE ?

[Videtur quod]: Zdaje się, że powietrze otaczające nas (aer iste) nie jest miejscem kaźni szatanów, bo:

  1. Szatan, to natura duchowa. Lecz miejsce zgoła nie ma zastosowania do natury duchowej, ale do natury cielesnej. A więc nawet mowy być nie może o jakimś miejscu kaźni szatanów.

  2. Grzech człowieka wcale nie jest cięższy niż grzech szatana. Lecz miejscem kary człowieka jest piekło. Tym bardziej ono właśnie winno być miejscem kary szatana, a nie ciemności powietrza (aer caliginosus).

  3. Szatanom wymierzono karę ognia. Lecz w ciemnościach powietrza nie ma ognia. A więc ciemności atmosfery (aer caliginosus) ziemskiej nie są miejscem kary szatanów.

[Sed contra] Wbrew temu Augustyn pisze: „Aż do czasu sądu jakby miejscem przetrzymania dla szatanów jest ciemne powietrze (aer caliginosus)”[2].

[Respondeo dicendum] Odpowiedź: Stosownie do swojej natury aniołowie są w pośrodku między Bogiem a ludźmi. Taki zaś jest porządek Opatrzności Boskiej, że o dobro istot niższych troszczy się za pośrednictwem istot wyższych[3]. Otóż Opatrzność Boska w dwojaki sposób dba o dobro człowieka: pierwsze wprost, gdy kogoś prowadzi do dobrego, a odciąga od złego; i – jak wypada – dzieje się to przez dobrych aniołów[4]; drugie nie wprost, gdy ktoś bywa ćwiczony, napastowany, zwalcza przeciwności; wypadało, żeby staranie o to dobro człowieka działo się przez złych duchów: by po grzechu nie wyłączyli się całkowicie i nie byli bez pożytku dla porządku naturalnego.[5]

Tak więc szatanom winno się przyznać dwa miejsca kaźni: jedno ze względu na ich winę – jest nim piekło; drugie ze względu na ćwiczenie ludzi – a tym jest ciemne powietrze.

Troska o zbawienie ludzi trwa aż do dnia sądu; do tego też czasu trwać będzie posługa aniołów i napastliwość szatanów; no i do tego czasu są i będą do nas posyłani zarówno dobrzy aniołowie, jak i szatani: w ukryciu ciemności otaczającej nas atmosfery będą nas doświadczać. Wszelako niektórzy z nich nawet teraz przebywają w piekle, by zadawać katusze tym, których przywiedli do złego; niektórzy zaś dobrzy aniołowie przebywają w niebie z duszami świętymi.

Po Sądzie Ostatecznym wszyscy źli: zarówno ludzie jak i aniołowie znajdą się w piekle, dobrzy zaś w niebie.

Na 1. Miejsce jest karą dla aniołów i dla dusz nie w ten sposób, że oddziaływa na nich, zmieniając czy przeinaczając (alterando) ich naturę, ale w ten sposób, że jakby napawa ich wolę smutkiem przez to, że anioł lub dusza widzi, iż jest w miejscu nie odpowiadającym jej woli.

Na 2. Według porządku natury jedna dusza nie jest wyższa od drugiej. Natomiast szatani według porządku natury Są wyżsi od ludzi, a więc porównanie chybia.[6]

Na 3. Zdaniem niektórych kara zmysłowa na szatanów i na dusze jest odłożona na dzień sądu ostatecznego; podobnie jak i na ów dzień odłożono uszczęśliwienie świętych. Ale to zdanie jest błędne i sprzeczne z wypowiedzią św. Pawła: „Kiedy zniszczeje nasz przybytek doczesnego mieszkania [tj. ciało], będziemy mieli mieszkanie w niebie”[7].

Według innych powyższe zdanie jest słuszne odnośnie do szatanów nie jest słuszne odnośnie do dusz. – Lepiej jednak jest stać na stanowisku, że ten sam sąd i los spotyka dusze złe i złych duchów, jak i ten sam sąd i los spotyka dusze dobre i dobrych aniołów.[8]

Należy więc tak powiedzieć: miejsce w niebie należy do chwały aniołów; jednak chwała ich bynajmniej nie zmniejsza się, gdy przychodzą do nas, bo i to uważają za swoje miejsce (ot tak, jak mówimy o biskupie, że jego godność nie zmniejsza się gdy aktualnie nie siedzi na tronie). Podobnie i szatani: chociaż aktualnie nie są przykuci do ognia piekielnego[9]  – jako że znajdują się w ciemnościach otaczającego nas powietrza – jednak ich kara nie zmniejsza się; są przecież zawsze świadomi, że to przykucie do ognia piekła jest ich należnością. Stąd też glosa powiada, że szatani „dokądkolwiek idą, niosą ze sobą ogień piekła”[10].

Nie obalają tego słowa Ewangelii: „(złe duchy) prosiły Jezusa, żeby im nie kazał „odejść do czeluści”[11]; prosiły bowiem o to, gdyż uważały za karę na siebie owo wyrzucenie z miejsca, w którym mogły szkodzić ludziom; potwierdza to tekst św. Marka: „i prosili Go na wszystko, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy”[12].[13]

Tekst mówi, co prawda, sam za siebie, ale kilka wątków skomentujemy. Zarówno św. Augustyn jak i św. Tomasz mówią o aer caliginosus, to jest o „ciemnym powietrzu” jako o miejscu przebywania demonów. Co to znaczy? Tego nie wiemy, być może oznacza to nie powietrze atmosferyczne, ale jakąś powietrzną sferę duchową różniącą się od „powietrza jasnego”, w którym być może przebywają dobrzy aniołowie. Sprawa jest rozwojowa, może jakoś do tych informacji dotrzemy. Nie oznacza to jednak, by nie latać samolotami, bo wtargniemy w owe „ciemne powietrze”. Być może jednak UFO to właśnie te harce demonów w aer caliginosus. Ważniejszym jest następujące stwierdzenie Akwinaty:

Otóż Opatrzność Boska w dwojaki sposób dba o dobro człowieka: pierwsze wprost, gdy kogoś prowadzi do dobrego, a odciąga od złego; i – jak wypada – dzieje się to przez dobrych aniołów; drugie nie wprost, gdy ktoś bywa ćwiczony, napastowany, zwalcza przeciwności; wypadało, żeby staranie o to dobro człowieka działo się przez złych duchów: by po grzechu nie wyłączyli się całkowicie i nie byli bez pożytku dla porządku naturalnego.

Zatem wszelkie demoniczne dręczenia to oznaka troski Opatrzności o nas, która w ten sposób prowadzi nas do dobrego. Demony  bowiem mają z polecenia Bożego staranie o nas i są „pożyteczne dla porządku naturalnego”. Tak to jest, chociaż jak demon pogryzie to naprawdę trudno w pierwszym odruchu czuć wdzięczność i się z tego cieszyć. Być może demon działa jak pies pasterski, jak owca chce pójść na bok, to ją podgryza, by wróciła do szeregu. Czasami sens dręczeń widzi się dopiero po latach i mimo całego bólu wychodzą nam one na dobre. Czy zatem warto się przed demonem bronić, skoro on też pełni wolę Bożą, czy nie lepiej mu ulegać? Oczywiście, że należy się bronić i się „odgryzać”. Przecież po to mam sparring partnera, bym lepiej walczył i doskonalił moją technikę. A Pan Bóg wraz z postępem daje nam coraz lepszych sparring partnerów, by było sprawiedliwie, a my do końca życia pozostawali wyćwiczeni. I dokładnie to powiedziała pustelniczka, Amma Synkletyka:

14 (905) „O ile wzmacniają się zapaśnicy, o tyle silniejsi stają przed nimi wrogowie”.[14]

I dlatego osoby trafiające do nas dzięki klasykowi Używajmy wody święconej niech wiedzą, że woda święcona, działa co prawda antydemonicznie, nie znaczy to jednak, że używając jej zawsze będzie się nam we wszystkim darzyć, bo życie ziemskie to czas walki i zdobywania zasług. A jeżeli demon nas nie dręczy, to najwyraźniej dlatego, że nas w garści trzyma i tego robić nie musi. U piszącego te słowa różne wydarzenia zaczęły się dziać permanentnie dopiero kilka lat temu, odkąd zaczął teologicznie przeglądać na oczy. Co prawda także przedtem miewał różne przejścia, co do których wie dopiero teraz, że były to dręczenia, bo nikt niestety tego nie zdiagnozował, ale działy się one sporadycznie. Teraz mają miejsce stale. W jego przypadku przy wzroście łaski, poprzez brewiarz Trydencki i Mszę Trydencką, nastąpił równoczesny wzrost dręczeń, najwidoczniej po to, żeby było sprawiedliwie i po równo. Jeżeli ktoś pomyśli:

„Ja takich ambicji nie mam. Chcę mieć życie spokojne, takie na „państwowy”, to jest na trzy mniej. Żeby zdrowie było, pieniążki, żona, dzieci, wszystko zdrowe, spokój w rodzinie i obowiązki małżeńskie przyjemne były, ale tamto, co to to nie.. bez przesady…”

Temu komuś powiemy, że nikt sobie dręczeń demonicznych zażyczyć nie może, ani ich zaplanować, to Pan Bóg demona dopuszcza lub nie. Jeżeli uważamy, że żyjąc w grzechu i unikając większej świętości unikniemy dręczeń, to z pewnością tak będzie. Ale w ten sposób albo skończymy w piekle, albo w długim czyśccu, gdzie będzie nam głupio, żeśmy tacy głupi byli. Demon ujawnia się dopiero wtedy, gdy rzeczywiście idziemy do światła, bo przedtem nie musi. To trochę tak jak dawniej w opozycji. Najpierw SB kontrolowało z daleka, tak iż ofiara niczego nie przeczuwała, a gdy ktoś nadal działał, wówczas nagle pojawiało się widocznych „dwóch smutnych panów”, którzy od czasu do czasu prowadzili rozmowy zaczynające się od „Oj, bo się pogniewamy …”, a kończące na „wicie … rozumicie..”. Jest to metafora, bo diabeł rzadko pojawiał się w widzialnej postaci, chociaż niektórym świętym i to się zdarzało i było bardzo a bardzo nieprzyjemne. Ale trzeba wrzucić to w koszty, bo chodzi o naszą wieczność. Nie o rok, nie o dwa, nie o jedynkę z miliardem zer. O wieczność, która trwa wiecznie! I na tą wieczność obecnie pracujemy lub tego nie robimy. Jak to zrozumiemy, zmienimy hierarchię wartości i zrozumiemy, że to całe aggiornamento, które nam bokiem wychodzi, a które znaczy „udzisiejszowienie” od giorno – dzień, to jest sprowadzenie do dnia dzisiejszego, pochodzi od złego ducha, który koncentruje na teraźniejszości i nagradza w teraźniejszości po to, by odwieść od wieczności.

[1] Tłumaczenie za Suma teologiczna, t. V, Londyn: Veritas 1960, tłum. O. Pius Bełch OP [wydanie internetowe].

[2] Augustinus, 4 de Gen. Ad Litt. 22.

[3] Rdz 1.

[4] Augustinus, 5 super Gen. ad Litt 19.

[5] 1 Kor 2, 8.

[6] Komentarz tłumacza polskiej Sumy: „Między duszami potępionych a szatanami nie ma podobieństwa: szatani są nad nami, na wyższym szczeblu natury; i postawiono ich tak po to, by z nich była dla nas jakowaś korzyść; korzyści tej nie powinni ludzie stracić z powodu ich upadku; dano ich więc nam dla ćwiczenia; a to nie przysługuje duszom” (2 Sent. d. 6, q. 1, a. 3, ad 5).

[7] 2 Kor 5,1.

[8] A los dusz jest taki: „Dusze tych, którzy po przyjęciu chrztu św. żadnym się w ogóle grzechem nie zmazali, oraz dusze tych, którzy splamiwszy się grzechem, następnie oczyszczeni zostali … zostają natychmiast przyjęte do nieba. Dusze zaś tych, którzy umierają bądź w grzechu śmiertelnym, bądź z samym tylko grzechem pierworodnym, natychmiast zstępują do piekła, gdzie jednak nierównym podlegają karom” – tak uczy Sobór Lyoński II (1274 r., D. 464, Wyznanie wiary Michała Paleologa) oraz Sobór Flor. (1439 r. D. 693, Dekret dla Greków).

[9] O tym przykuciu do ognia patrz niżej, Suppl. z. 70, 3, t. 34.

[10] Glosa z Bedy do Jk 3, 6.

[11] Łk 8, 31.

[12] Mt 5,10.

[13] Komentarz tłum.: Kary ponoszone przez szatanów i dusze potępione są dwojakie: a. Utrata szczęśliwości, tj. oglądania Boga i rozkosznego obcowania z Nim; zwie się to: kara potępienia czy odrzucenia – poena damnationis; i to jest istotna kara; b. Zespół kar pozytywnie wymierzonych, jakie muszą w piekle ponosić; zwie się: kara zmysłów – poena sensus.

Przez karę zmysłów nie należy rozumieć cierpień odczuwanych przez zmysły i ich narządy, boć ani szatani, ani dusze przed powszechnym zmartwychwstaniem takowych nie mają. Pismo św. mówi o ogniu jako głównej karze zmysłów. Jak to rozumieć?

Raczej jest on czymś realnym, obiektywnym; ale czym jest, jaka jego natura i działanie; w jaki sposób jest karą i zadaje cierpienie: to sprawa ciągle otwarta i nierozstrzygnięta. Zwraca się uwagę na podobieństwo zachodzące między ogniem piekła a ogniem zwykłym; oba są obiektywne realnie; są realnością niezależną i odrębną od tej istoty. której dosięgają jak najdogłębniej i przenikliwiej; zadają jej stały, dojmujący ból.

Jak o realność materialna ogień może to czynić jedynie jako narzędzie Boskiej sprawiedliwości; jest to całkiem możliwe; Bóg może użyć narzędzia cielesnego do wywołania skutku nadprzyrodzonego; ot tak by się to działo, jak w Sakramencie chrztu woda jest narzędziem udzielania łaski, a ogień też ma swoje działanie własne, którego czynnik wyższy może użyć do wywołania skutku wyższego rzędu; i jak też Bóg używa ognia jako narzędzia do karania szatanów i dusz odłączonych.

A na czym polega to działanie? Według Autora duch sam z siebie wolny od ciała pragnie rozpowić całą potęgę swej inteligencji, woli i mocy; ma ogromną możność i swobodę działania. Otóż ogień piekła otrzymał moc skrępowania tejże działalności i ograniczenia szatanów do jednego określonego miejsca i nie pozwala im na działalność poza nim. Owo przykucie, ograniczenie działania – to wielka kara dla istoty duchowej; do tego jest przez to podległy ciału on, który winien nad nim panować.

A chociaż na chwilę Bóg pozwala im opuścić to miejsce, by spowici mrokami nocy, w ciemnościach powietrza kusić czy ćwiczyć w cnocie ludzi, nie zmniejsza to ich kary: wiedzą, że tam jest ich miejsce. że ono jest ich należnością. Dokądkolwiek idą ‘niosą z sobą ogień piekła’; są w sytuacji więźnia skazanego na dożywocie, który na krótki czas pod nadzorem opuszcza więzienie. ale wie, że wróci doń i że ono jest jego należnością dożywotnia (tak podaje tłumacz francuski Sumy, O aniołach, str. 431 (116), z którego – jak i z niemieckiego tłumaczenia – wiele korzystałem).

Zagadnieniem szatana zajmuje się Autor jeszcze niżej; mianowicie w, z. 109 omawia porządek istniejący między szatanam i. a w z. 114 zajmuje się działalnością ich wobec ludzi, tj. kuszeniem: to między innymi będzie w t. 8.

[14] Pierwsza Księga Starców, Gerontikon, Kraków: Wydawnictwo m, 1992, 268