Wkrótce ponowne przyłączenie całego bloga


God and Moses

Czytając dzieje wyjścia z Egiptu zauważyć można, że co jakiś czas Izraelitów miał dość Pan Bóg, a co jakiś czas Mojżesz.

I jeszcze powiedział Pan do Mojżesza: «Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku. Zostaw Mnie przeto w spokoju, aby rozpalił się gniew mój na nich. Chcę ich wyniszczyć, a ciebie uczynić wielkim ludem». Mojżesz jednak zaczął usilnie błagać Pana, Boga swego, i mówić: «Dlaczego, Panie, płonie gniew Twój przeciw ludowi Twemu, który wyprowadziłeś z ziemi egipskiej wielką mocą i silną ręką? (Wj 32,9-11)

Piszący te słowa ma też dość bezczelności swoich polskich czytelników, która wyraża się w komentarzach, których nie zacytujemy, by się nie denerwować. Tenor jest:

Kali nie płacić – dobrze. Kalemu nie płacić – źle.

Czytają, korzystają, nie płacą i są bezczelni. Zupełni jak Izraelici, co nie jest dziwne, skoro mnóstwo katolików polskich wywodzi się od tzw. frankistów, to jest tych Żydów, którzy przeszli w roku 1764 na katolicyzm pod wpływem kolejnego fałszywego Mesjasza Franka. Jak powszechnie wiadomo do frankistów należała matka Adama Mickiewicza. Worka z antysemityzmem w tym miejscu nie otwieramy, bo jest on bez dna, ale skoro mentalność typu:

Chcę mieć za darmo i zasadniczo nie zapłacę!

jest tak typowa dla przedstawicieli Narodu Wybranego wszędzie na świecie, toteż wspólne etniczne korzenie są logicznym wytłumaczeniem tego zjawiska. W ten sposób wytłumaczyć można także istniejący niestety dziki antysemityzm niektórych katolików polskich, którzy w ten sposób odnoszą się do własnej historii dokonując projekcji. Jeśli bowiem:

  • Żydem nie jestem i żydowskich korzeni nie posiadam,
  • nie posiadam żydowskich cech, takich jak nieuczciwość jak niepłacenie za nagminnie czytane blogi katolickie,
  • żadni Żydzi mnie nie skrzywdzili, bo ich nie znam

to moja krytyka Żydów, Talmudu, judaizmu, Izrael, czy jak to ujmiemy, będzie chłodna, wyważona, akademicka, a nie zjadliwa i namiętna. Jeśli się ktoś piekli, to został dotknięty w sposób bardzo osobisty.

Blog dla Abonentów zdaje swój egzamin, także pod względem finansowym, ale naszej Redakcji żal głupoty tych, którzy przez skąpstwo samych siebie od informacji, które dopomogą ich zbawieniu się odcinają. Stąd po odczuwaniu naglącego głosu wewnętrznego oraz po prześledzeniu precedensów historycznych, które podpowiadają, że

z Izraelitami to tak zawsze będzie,

postanowiliśmy przełączyć znowu blog, gdy ilość kliknięć osiągnie pół miliona, co miało miejsce nie dawno. Ponieważ jednak nie mamy ochoty na czytanie czyichś bezczelności, toteż możliwości komentowania na blogu ogólnodostępnym nie będzie. Jak ktoś chce sobie pokomentować lub się w jakichś kwestiach poradzić, musi zalogować się na blogu dla abonentów.

Blog polski nie będzie już kontynuowany z dotychczasowym rozmachem. Od czasu do czasu pojawią się nowe wątki, ale piszący te słowa musi skupić się na innym projekcie, który już zbyt długo czeka na swoją kolej.

Przyłączenie całości trochę potrwa, więc prosimy o cierpliwość. Nastąpią wpisy, który wywołają taką furię panów alków, matek polek i ew oraz wszystkich radzących, jak to ktoś powinien, bo oni akurat nie, że dobrze, iż komentarze zostały odłączone, bo spodziewamy się burzy. Chodzi bowiem o „krwawicę”, nie tylko to, żeby rachunki płacić, ale także o to, żeby nie kopulować lub robić to w sposób zalecany tradycyjnie przez Kościół, czyli ogólnie rzadko i w celu prokreacyjnym. Katolickiego hedonizmu nie będzie, bo jest fałszywy.

 

 

 

 

Wprowadzenie do cyklu „Kościół i Asmodeusz” Don Pietro Leone. C. Erotyzacja Gaudium et Spes.


Diabeł jest nieocenionym pomocnikiem w spełnianiu woli Bożej, bo dokładnie swoim działaniem ukazuje, co czynić należy. I tak niniejszy wpis poświęcony numerom 48 i 49 Gaudium et Spes pisany jest po raz wtóry, gdyż napisany i sformatowany zniknął dziwnie z bloga, na którym został umieszczony. Don Pietro Leone ubolewając nad erotyzacją posoborowego nauszania Kościoła słusznie przytacza właśnie końcowy dokument Soboru Gaudium et Spes, będący między innymi owocem działalności Karola Wojtyły, gdzie znajdujemy ciekawe odejście od nazewnictwa i ujęcia tradycyjnego etyki seksualnej, jak i wielką nieostrość pojęć. Z pewnością Gaudium et Spes stanowi prekursora Amoris Laetitia, jeśli chodzi o zbędność, rozwlekłość, mglistość, rozmazanie pojęć, przegadanie i nie wiadomo co. Piszący te słowa czytał w roku 2012, to jest w okresie zerwania rokowań FSSPX z Watykanem, dowcipne zdanie, w którym ktoś stwierdził, że żądanie uznania wszystkich postanowień Vat. II jest nierealne, bo on osobiście nie spotkał nikogo, kto by przeczytał całe Gaudium et Spes, więc nikt tak naprawdę wszystkich postanowień Soboru nie uznaje, bo ich nie zna. Piszący te słowa Gaudium et Spestakże w całości nie przeczytał, bo jakoś mu się zawsze oczy zamykają i z pewnością o to autorom tegoż dokumentu chodziło. Ann Barnhardt i Steven Skojec rozmawiając, w którymś z podcastów na onepeterfive stwierdzili, że dokumenty Soboru, porównane z Magisterium przedsoborowym, są rozwlekłe, źle napisane, wieloznaczne (buzzwords) i nie mówią nic, stanowiąc, nasze określenie, gumę do żucia dla intelektu. Jes to to prawda, a dotyczy to szczególnie Gaudium et Spes, które zdaje się nie do przebrnięcia, a które każdy odczyta inaczej, podobnie jak AmorisLaetitia. I tak odnośnie „miłości małżeńskiej”, to jest copula carnalis, w Gaudium et Spes 48 czytamy:

 

[…]

Reszta na blogu dla abonentów.

Możliwość komentowania została odłączona


gennario

Ze względu na konieczność wychowywania ludzi oraz na przenoszenie aktywności na blog dla abonentów możliwość komentowania artykułów została tymczasowo odłączona. Po komentarzach czytelniczki piszącej pod nickiem Eva zastanawiamy się, czy jest dla kogo pisać, bo jej reakcje są tak typowe, że aż nudne. Wszystkich czytelnikom polecamy następującą lekturę oraz przypominamy, że ten blog ma być pomocą w zbawieniu, także autora tego wpisu, które ma już dość użerania się z bezczelnymi ludźmi. I tak każda nacja ma takie blogi i taki poziom teologiczny, na który zasługuje. Dziękujemy, pani Evo!

Hanna: Małżeństwo po katolicku, czyli co zamiast Naturalnej Metody Planowania Rodziny?


Holy-Family-2

Po zakończeniu naszego teoretycznego wstępu na temat czystości małżeńskiej prezentujemy niniejszym wpis autorstwa naszej czytelniczki i tłumaczki Hanny, który powstał spontanicznie w nieznajomości naszym planów wydawniczych, co dowodzi tego, że Opatrzności działa nawet w małym zakresie naszego bloga.  Wpis ten ukazuje stronę praktyczną praktykowania pożycia małżeńskiego według zaleceń teologii tradycyjnej oraz odpowiada na pytanie:

„Czy praktyki te skończą się 14 potomstwa?”

Opowiedź brzmi:

„Nie, co najwyżej 6.”

Piszący te słowa wiedział, co prawda, że karmienie piersią hamuje płodność, ale wszystkich podanych poniżej mechanizmów nie znał. Uświadomił sobie jednak, jak głębowo nienaturalna jest wszelka antykoncepcja, także polegająca na współżyciu w okresie niepłodnym, a jak naturalna jest natura, o ile człowiek się do niej stosuje. Ile problemów odpada, jeśli małżeństwo żyje w niżej opisany sposób.

To żona nie może pracować?

Wygląda na to, że jak są dzieci, to nie może, bo ma inne zajęcia, stąd tradycyjny model rodziny górą. Piszący te słowa zna mnóstwo przykładów, gdzie obydwoje pracują, stosuję antykoncepcję, mają jedno do dwójki dzieci, cały czas się kłócą, dzieci są nieszczęśliwe, bo matki w domu nie ma, a jak jest, to kłóci się z ojcem, a on z nią, co kończy się po jakimś czasie rozwodem i domniamanej korzyści materialnej dwóch pensji nie ma, ani też rodziny. A mężczyzna nie ma nic, tylko płaci, płaci i płaci. Zatem ten model rodziny się ewidentnie nie sprawdza, zawodząc tak regularnie, iż ludziom wydaje się, że tak być musi i że jest to normalność, którą legalizuje Amoris Laetitia. W tymczasem Bóg na pierwszym miejscu reguluje każde miejsce następne w hierarchii człowieka. Trzeba wyjść z założenia, że jeżeli my troszczymy się o Boga, to i On troszczy się o nas. Amen.

Jeśli przyjrzymy się dokładniej Naturalnemu Planowaniu Rodziny, metody „regulacji urodzeń” promowanej obecnie przez Kościół Katolicki, musimy dojść do wniosku, że to nic innego jak tylko antykoncepcja z pieczątką Kościoła. Słusznie nie widzi żadnej różnicy pomiędzy metodami naturalnymi a sztucznymi każdy, kto zechce użyć rozumu oceniając oba zjawiska. Jak pisze Don Pietro Leone w zamieszczonym przez Redakcję artykule, intencja jest dokładnie ta sama i o intencję tu przecież chodzi. Na zarzuty sceptyków, zwolennicy NPR mają tylko jeden argument. Wykorzystywanie cyklicznej niepłodności kobiety jest naturalne, bo przecież Pan Bóg tę cykliczną niepłodność stworzył, więc można to dzięki obecnej wiedzy naukowej wykorzystać. Ponadto jeśli Pan Bóg zechce, to i w dzień niepłodny do zapłodnienia dojdzie. Sama takie argumenty od księdza słyszałam, kiedy poddałam w wątpliwość moralność metod naturalnych. Słaby to argument, bo kiedy Pan Bóg zechce to i antykoncepcja sztuczna zawiedzie, nie byłby On przecież wszechmocny, gdyby w Jego planach człowiek miał przeszkodzić. A czy małżeństwo stosujące NPR jest bardziej otwarte na życie, jak chcą to widzieć propagatorzy? Chyba nie bardzo, skoro jako koronny argument na rzecz NPR podaje się jej wyższą skuteczność w zapobieganiu ciąży niż w przypadku sztucznej antykoncepcji. Czy okresowa wstrzemięźliwość zbliża małżonków? Gdyby nie była ona nadmiernym ciężarem, pewnie by tak było. Rzeczywistość nie jest jednak tak cukierkowa jak się narzeczonym przedstawia. Z czystej biologii kobiety wynika, że dni „bezpiecznych” w każdym miesiącu jest naprawdę niewiele i przypadają one głównie na koniec cyklu, gdy libido spada do zera a napięcie przedmiesiączkowe u wielu kobiet sprawia, że zbliżenie jest ostatnią rzeczą o której myślą. Kobieta nierzadko zmusza się, bo przecież tylko wtedy można, co jest źródłem frustracji dla obojga małżonków. Współżycie upada, ograniczając się do kilku razy w miesiącu w najlepszym razie, wywołując wiele napięć i konfliktów. Po pewnym czasie pojawiają się więc pomysły stosowania antykoncepcji sztucznej w dni płodne, czy też całkowitego przejścia na sztuczne metody. Zdecydowanie wzrasta też ryzyko nieczystości w samotności albo praktyk we dwoje niezgodnych z naturą. Byleby tylko dziecka z tego nie było.

Czy naprawdę Pan Bóg zaplanował coś nie tak? Dlaczego pożycie małżeńskie Katolików jest pełne napięć i frustracji? Dlaczego to nie działa?

Nie ma prawa działać dlatego, że nie jest to zgodne z naturą i Bożym zamysłem.

Aby odkryć jak Pan Bóg poukładał sprawy pomiędzy małżonkami, musimy cofnąć się do czasów sprzed emancypacji kobiet albo podpatrzeć jak żyją plemiona nieskażone cywilizacją, pozbawione „dobrodziejstw” antykoncepcji. Od zawsze podstawowym celem małżeństwa było zrodzenie i wychowanie potomstwa. Podstawową rolą żony jest więc urodzenie i wychowanie dzieci, co jeszcze sto lat temu nie wywoływało buntu większości kobiet. Tak po prostu było i jeszcze do nie dawna na wsiach, jeśli po ślubie nie było długo dziecka, cała wieś brała bezdzietne małżeństwo na języki i dopytywała o przyczynę. Nie twierdzę, że niegdyś nie próbowano poczęcia dzieci unikać. Metody antykoncepcji są stare jak świat, jedynie ich skuteczność wzrastała. Kobiety zajmowały się jednak głównie prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci. Nie myślały o studiach i karierze w korporacji. I tu dochodzimy do sedna sprawy.

Jak wychowywano wówczas małe dzieci? Zgodnie z naturalnym instynktem, poświęcając potrzebny im czas. Długie karmienie piersią i spanie z dzieckiem w jednym łóżku to była norma. Dzisiaj to fanaberia wywołująca uśmiech politowania albo nawet i szczere współczucie z powodu uwiązania matki przez dziecko. Kiedy urodziła się moja córka, miałam w głowie zakodowane, że dziecko powinno spać w swoim łóżeczku. To z resztą jeden z pierwszych nabytków przyszłych rodziców podczas przygotowań do narodzin dziecka. Całkowicie zbędny! (no, przydać się może tylko jako kojec do bezpiecznego zostawienia dziecka na chwilę w ciągu dnia) Moja córka miała na szczęście inny pogląd na sprawę i przez trzy miesiące nie dała się przekonać do spania w łóżeczku. Poddaliśmy się w końcu i to była jedna z najlepszych decyzji dotyczących wychowania dziecka. Córka powędrowała do mamy do łóżka i w końcu obie mogłyśmy się wyspać. Karmiłam piersią długo, bo przeszło dwa i pół roku. Dzięki temu zupełnie niespodziewanie dla mnie odkryłam, że długie karmienie piersią chroni przed zajściem w ciążę, a raczej powiedziałabym, zdecydowanie opóźnia pojawienie się kolejnego dziecka. Już widzę te uśmieszki, zwłaszcza osób związanych z medycyną, bo karmienie piersią zostało dawno zdewaluowane jako metoda zapobiegania ciąży. Tak, i słusznie, bo nią nie jest. A dlaczego? Ponieważ owulacja może nastąpić PRZED pierwszą poporodową miesiączką. Nie zawsze można ją więc przewidzieć i zauważyć. Można ją jednak znacząco opóźnić poprzez karmienie piersią ale (uwaga!) tylko jeżeli jednocześnie dziecko będzie spało z mamą. Najważniejsze jest tu częste karmienie w nocy (a spanie z dzieckiem temu sprzyja), ponieważ to właśnie nocne karmienie najbardziej pobudza wydzielanie prolaktyny, od której zależy ilość wydzielanego mleka oraz blokowanie owulacji.[1] Spanie z dzieckiem jest więc także najlepszą naturalną metodą na powszechne dzisiaj problemy z niedoborem pokarmu. Kiedy miesiączka długo nie pojawiała się, zaczęłam czytać na ten temat i dotarłam do pewnych informacji głównie na stronach amerykańskich. Znalazłam potwierdzenie, że długie karmienie piersią pod warunkiem spania z dzieckiem i nocnego karmienia powoduje, że okres niepłodności może trwać nawet 2-3 lata, czasami przez cały czas karmienia. U mnie trwał dwa lata. Moja ginekolog była zdumiona ale potwierdziła, że w tym czasie płodności nie było.[2] NPR przegrywa więc na samym starcie. Seks kilka razy w miesiącu przeciwko co najmniej 6 miesiącom a nawet kilku latom bez żadnych ograniczeń typu miesiączka i owulacja? Podczas prawidłowej ciąży także nie ma ograniczeń. Poza ogólnymi zasadami (nie częściej niż 2-3 razy w tygodniu) dla żyjących po bożemu, w zgodzie z naturą, Pan Bóg jest zatem bardzo hojny. Nic więc dziwnego, że do wynalezienia „katolickiej” antykoncepcji Kościół nie musiał zajmować się sprawami miednicy. Po prostu nie było czym.

Szukając informacji na temat związku karmienia piersią z niepłodnością laktacyjną, znaleźć można głównie stwierdzenia, że niepłodność występuje tylko przez 6 miesięcy. Nie jest to jednak do końca prawdą. Na pewnym blogu prowadzonym przez panią ginekolog znalazłam ciekawe informacje, które są co do zasady zgodne z moimi obserwacjami oraz doświadczeniami innych matek, o których kiedyś czytałam:

„U kobiet, które z rożnych powodów nie karmią, owulacja występuje w przeciągu 6 tygodni od porodu, a miesiączka – do 8 tygodni od porodu. Dlaczego o tym piszę skoro post jest o kobietach karmiących? Tylko dlatego, że podobna jest sytuacja, jeżeli przez cały okres karmienia (jak długi by nie był) nie miałyście miesiączki (a może tak być i jest tak u ok.30% kobiet), to miesiączka powinna się pojawić do 2 miesięcy od odstawienia dziecka.

Pojawienie się miesiączki u kobiety niekarmiącej można uznać za objaw powrotu płodności. Natomiast u kobiet karmiących nie jest to takie oczywiste. Mogą mieć miejsce trzy różne warianty z podobną częstością:

  1. Może być prawidłowy cykl z owulacją już w cyklu poprzedzającym pierwszą miesiączkę;

  2. Może być cykl z miesiączką, ale bez owulacji – zazwyczaj po 2-3 cyklach bezowulacyjnych, cykle stają się owulacyjne;

  3. Może być i owulacja, i miesiączka, ale faza lutealna nie będzie jeszcze gotowa na przyjęcie ciąży i jej utrzymanie.

W pierwszym przypadku wraca płodność zanim się zorientujemy. W drugim i trzecim – kobieta myśli, że wróciła płodność a wcale tak nie jest.

Co gorsze – nie wiemy u której kobiety, która sytuacja ma miejsce.

Zasadniczo – w pierwszych 6 miesiącach przy wyłącznym (!) karmieniu piersią, szanse na ciążę są rzędu 2%. W drugim półroczu szanse na ciążę są „tylko” ok. 15%.

Po roku karmienia szanse na ciążę nie odstawiając dziecka są rzędu ok 30-40%. Sporo, ale to wciąż mniej niż połowa kobiet. Czy to znaczy, że kobieta musi odstawić dziecko, żeby zajść w drugą ciążę? Zdecydowanie nie uważam, żeby tędy była droga, ponieważ – uwaga, uwaga – jeżeli nie wróciła wam płodność to znaczy, że wasze ciało zdecydowało, że nie jest gotowe aby wykarmić dwoje dzieci – jedno piersią a drugie macicą. Nie bądźmy mądrzejsi od natury. Ona najlepiej wie, kiedy nasze ciało będzie gotowe stworzyć nowe życie. U jednych kobiet będzie to po pół roku, u innych dopiero po zakończeniu karmienia.”[3]

Jak więc widać, karmienie piersią nie jest metodą antykoncepcji (należy jednak zauważyć, że pani doktor nie pisze o dodatkowych warunkach, jak spanie z dzieckiem, które to znacznie opóźniają powrót płodności). W ciążę można zajść po pół roku ale i równie dobrze dopiero po 2-3 latach od urodzenia dziecka. Co więcej, różnie ten okres kształtować się może pomiędzy kolejnymi ciążami. Chciałabym jedynie podkreślić, że życie po katolicku nie musi oznaczać dziecka co roku, a Pan Bóg będzie najlepiej wiedział kiedy kolejnym dzieckiem małżonków obdarzyć.

Pojawianie się wiec dzieci w małżeństwie co 3-4 lata jest więc całkowicie naturalne (w przypadku dużej płodności oczywiście może być to częściej) i tak dzieje się i dzisiaj w krajach afrykańskich choćby. Ile więc dzieci może „dorobić” się małżeństwo chcące żyć prawdziwie po katolicku? Zakładając 25 lat płodności kobiety w czasie trwania małżeństwa (od np. 20-tego do 45-tego roku życia), wychodzi nie więcej niż ośmioro-dziewięcioro dzieci. Trudno mi było znaleźć jakieś dane statystyczne na temat dzietności kobiet w Afryce, ale znalazłam wypowiedź pewnej położnej pracującej w Tanzanii, według której kobieta rodzi tam średnio ośmioro dzieci. Z wiekiem płodność spada i wydłuża się okres „starania” o kolejne dziecko, ponadto w Afryce jest zdecydowanie większa śmiertelność niemowląt, więc z braku karmienia piersią płodność wraca szybciej. Również płodność w krajach uprzemysłowionych z powodu zanieczyszczenia środowiska oraz mniej naturalnych warunków życia także może być niższa niż w Afryce. Biorąc to pod uwagę najbliżej prawdy będzie moim zdaniem, jeśli oszacujemy średnią potencjalną liczbę dzieci na 6 w czasie życia przeciętnej polskiej Katoliczki.[4] Daleko tu do mnożenia się jak króliki. I to bez żadnej „katolickiej” antykoncepcji i związanych z nią problemów.

Nie jest to żadne sztuczne sterowanie płodnością. To jedynie emancypacja kobiet sprawiła, że karmienie piersią stało się luksusem w dzisiejszych czasach. Dotąd karmiono dzieci tylko naturalnie i długo. Dbano zwłaszcza o długie karmienie chłopców, którzy ten przywilej mieli aż do ukończenia czwartego roku życia (dane historyczne z Polski XVII-XVIII wiecznej, o ile dobrze pamiętam). Spanie z dzieckiem także było oczywistą i powszechną praktyką. Podobnie jak brak takich urządzeń jak smoczki, które obecnie są powodem wielu problemów z karmieniem piersią a później z rozwojem mowy u dziecka.

Nie jest to poradnik dla małżeństw, a blog teologiczny, dlatego starałam się jedynie zasygnalizować temat, o którym się nie mówi lub który zbywa się uśmiechem. Zdaję sobie też sprawę z tego, że dzisiaj, kiedy kobiety pracują zawodowo (bo często muszą z przyczyn ekonomicznych), trudno jest spełnić powyższe warunki. Jedynie tradycyjny model rodziny (żona w domu z dziećmi, mąż pracuje, idealnie byłoby, gdyby i babcia do pomocy się znalazła) sprzyja życiu tak, jak Pan Bóg dla nas zaplanował. W innych przypadkach nie jest to oczywiście niemożliwe, ale jest niezmiernie trudne. Jednakże tylko w ten sposób małżeństwo rzeczywiście może być otwarte na przyjęcie dzieci, które pojawią się raz wcześniej raz później, każde w swoim czasie.

Pozostaje wspomnieć tu także o czystości małżeńskiej, której wartość jest obecnie niedoceniana. Czytelnik niniejszego bloga z tym pojęciem już się spotkał, nie będę go więc rozwijać. Pragnę jedynie zauważyć, że czym innym jest czystość zachowywana ze względu na Boga, w celu dążenia do świętości a czym innym okresowa „czystość” skierowana wyłącznie na efekt antykoncepcyjny, czyli wbrew Bogu w rzeczywistości. Stąd pierwsza do świętości prowadzi, druga wprost przeciwnie. Nie jest więc tak, że małżonkowie muszą w pełni ze swobody korzystać. Cnota, aby miała wartość w oczach Boga i dawała dobre owoce musi być rozwijana dobrowolnie. Jeśli więc małżonkowie całkowicie dobrowolnie i świadomie zechcą wstrzemięźliwość rozwijać, mogą to oczywiście dla dobra swojej duszy czynić. NPR niestety takiej wolności wyboru nie daje.

[1] http://www.lalecheleague.org/nb/nbjanfeb01p23.html

[2] Więcej na temat niepłodności laktacyjnej jako metody regulacji poczęć określanej jako lactational amenorrhea method (LAM) można przeczytać choćby w Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Metoda_LAM

Stosowanie LAM zapewnia niepłodność na 6 miesięcy po porodzie, natomiast nieco bardziej restrykcyjna metoda, zwana ekologicznym karmieniem (o którym i Wikipedia wspomina) zapewnia niepłodność w znacznie dłuższym czasie. Więcej o ekologicznym karmieniu przeczytać można tutaj: http://www.llli.org/nb/nbsepoct08p4.html Proszę nie przerażać się zaleceniami, ponieważ takie postępowanie jest całkowicie naturalne i instynktowne. Karmiąc dziecko nie szukałam metody opóźnienia owulacji, ufając wyłącznie instynktowi swojemu i dziecka. Karmienie na każde żądanie, spanie z dzieckiem, nieużywanie smoczka było dla mnie całkowicie naturalne i nie stanowiło najmniejszego problemu, nie było wcale podyktowane stosowaniem jakiejkolwiek metody regulacji poczęć. Mimo wszystko nie należałam do matek terroryzujących otoczenie swoim biustem. Dziecko miało tyle bliskości w domu, że nigdy nie dopominało się karmienia w miejscu publicznym ani ja takich pomysłów nigdy nie miałam. Naprawdę na pół roku wyłącznego karmienia piersią można zrezygnować z wychodzenia w miejsca publiczne na dłużej niż przerwa pomiędzy karmieniami.

 [3] https://mamaginekolog.pl/karmienie-piersia-a-kolejne-ciaze/

[4] [Red.] O tym, że sześcioro dzieci to osiągalna średnia świadczą choćby statystyki Banku Światowego z roku 1960, zatem przed globalnym wprowadzaniem antykoncepcji: http://data.worldbank.org/indicator/SP.DYN.TFRT.IN Obecnie średnia dzietność w Afryce oscyluje około 4,7 dziecka na kobietę, przy czym różnice lokalne są bardzo znaczne: https://www.cia.gov/library/publications/the-world-factbook/fields/2127.html https://en.wikipedia.org/wiki/Total_fertility_rate Wydaje się, że pod koniec XIX wieku, a w sumie do II Wojny Światowej ludzie mieli średnio od 4 do 6 dzieci.

Opętanie, opętanie … ale czy to dziwi?


32f87ed5912fc4c8ebba1c1efc3d702b--renaissance-art-medieval-art

 

Wczoraj przeglądając internet piszący te słowa natknął się na dwa filmy potwierdzające naszą tezę o opętaniu Bergoglio. Pierwszy z nich ukazuje jakieś hipnotyzerskie właściwości antypapieża Franciszka, porównywalne chyba do pokazów hipnozy lub występów charyzmatyków wpędzających demony. Proszę zaobserwować przerażoną twarz drugiego chorego z wózku, co komentuje autor filmu. Ludzie upośledzeni umysłowo często są dużo bardziej wyczuleni na sprawy duchowe od osób normalnych, najwyraźniej źle ustawiony intelekt mniej im przeszkadza, skoro go nie mają. Człowiek w wózku wpatruje się w coś, przypuszczalnie w oczy Bergoglio i jest przerażony. Faktem jest także, że ludzie chorzy psychicznie lub upośledzeni mają bardzo dobry odbiór mowy ciała oraz trafnie odbierają aurę osoby na podstawie swoich odczuć.

 

Interesujący jest także drugi film, w którym papież recytując Ojcze nasz od 1:18 mówi, jak się zdaje, „hell”, zamiast „heaven” (można przewinąć i posłuchać) i nie jest w stanie dokończyć modlitwy lub nie chce jej dokończyć.  Proszę zwrócić uwagę na niesłychanie znudzony głos „papieża”, któremu się modlić po prostu nie chce. Niemożność modlenia się lub przekręcanie słów modlitwy, szczególnie w bluźnierczym celu, jest niestety częsty objawem opętania. Więc wydaje się, że nasza teza o opętaniu Franciszka w połączeniu z jego:

  • herezjami,
  • bluźnierstwami,
  • skatologią,
  • odmową klękania przed Najświętszym Sakramentem,
  • umiłowaniem towarzystwa ateistów i homoseksualistów,
  • destrukcją Kościoła

się zgadza.

 

Wprowadzenie do cyklu „Kościół i Asmodeusz” Don Pietro Leone. B. (7 z 7) Współżycie w okresie niepłodnym. Orzeczenia Kościoła (iv)  


 1 Vote

Humanae Vitae

Wracając teraz do chronologicznej kolejności przytoczymy po Gaudium et Spes(1965) fragment Humanae vitae (1968) dotyczący współżycia w okresie niepłodnym:

[…]

Jest to niestety fragment wewnętrznie sprzeczny, gdyż:

  1. zapobiegać poczęciu współżyjąc w okresie niepłodności wolno,
  2. zapobiegać poczęciu współżyjąc przy zastosowaniu środków antykoncepcyjnych nie wolno.

Ale przecież cel: zapobieżenie poczęciu jest ten sam, tylko droga inna. Poza tym napotykamy tutaj ciekawe sformułowanie:

„ilekroć ze słusznych powodów przekazywanie życia nie jest pożądane”

A jakie to są powody?

 

Całość na blogu dla abonentów.

 

Wprowadzenie do cyklu „Kościół i Asmodeusz” Don Pietro Leone. B. (6 z 7) Współżycie w okresie niepłodnym. Orzeczenia Kościoła (iii)


enhanced-buzz-23785-1458319648-8

Gaudium et Spes

O tym, jak bardzo zmieniło się nastawienie Kościoła do współżycia w okresie niepłodnym od wystąpienia Piusa XII. niech świadczy tekst Gaudium et Spes (1965), w którym wyraźnie widać posoborowe zmiany:

[…]

Pytanie pierwsze. Dlaczego akurat małżonkowie w roku 1965 i później, zatem nie w okresie głodu lub Wielkiej Dżumy z XIV wieku?

„[…] mogą w układaniu harmonijnie pożycia małżeńskiego doznać trudności skutkiem niektórych dzisiejszych warunków i znajdować się w takiej sytuacji, w której nie można przynajmniej do czasu, pomnażać liczby potomstwa i niełatwo jest podtrzymywać wierną miłość i pełną wspólnotę życia”

A jakie to warunki w roku 1965?

  • Na Zachodzie dobrobyt jak nigdy.
  • Na Wschodzie komunizm, głodu nie ma, państwo żłobki zapewnia.
  • W Afryce i w Azji ludzie się nie przejmują.

A dlaczego to

„[…] nie można przynajmniej do czasu, pomnażać liczby potomstwa”?

Najwyraźniej potomstwa pomnażać nie można, bo takie czasy, a współżyć trzeba, to też takie czasy.

[…]

O tym, że ww. punkt 51 stanowi dobrze ulokowanego konia Trojańskiego świadczy fakt, że został on, wyrwany z konteksu zacytowany w Amoris Laetitia, gdzie brzmi on następująco:

AL 298: „Kościół uznaje sytuacje ‘gdy mężczyzna i kobieta, którzy dla ważnych powodów – jak na przykład wychowanie dzieci – nie mogą uczynić zadość obowiązkowi rozstania się’ [przypis 329] W tych sytuacjach wielu, znając i przyjmując możliwość pozostawania w związku ‘jak brat i siostra’, którą oferuje im Kościół, odkrywają, że jeśli brak pewnych wyrazów intymności ‘nierzadko wierność może być wystawiona na próbę, a dobro potomstwa zagrożone’ (GS 51)

A co to znaczy? Że od Franciszka już nawet w konkubinatach i w związkach cudzołożnych współżyć trzeba, gdyż „jeśli brak pewnych wyrazów intymności” (a jakich to?) ‘nierzadko wierność może być wystawiona na próbę, a dobro potomstwa zagrożone’ (GS 51)

[…]

Całość 1021 słów dostępna na blogu dla abonentów.