O dobrym samopoczuciu własnym i potępieniu wiecznym


608px-luca_signorelli_cappella_di_san_brizio_dannati_allinferno_04

Z aktualnej okazji odłączania komentarzy na blogu ogólnodostępnym, co stanowi kolejny krok na drodze likwidacji bloga ogólnodostępnego, polecamy wszystkim raz jeszcze poniższy wpis.

Świetnym przykładem relatywistycznego narcyzmu i jego konsekwencji są komentarze czytelniczki Evy, do naszego artykułu Małżeństwo po katolicku, czyli co zamiast Naturalnej Metody Planowania Rodziny, które można sobie przeczytać. Pani Eva 

  • argumentuje przyrodzoną sobie inteligencją,
  • w oparciu o dostępną sobie ograniczoną i wybiórczą wiedzę,
  • jest przekonana o swoich racjach, które prezentuje w sposób bezczelny,
  • nie chce zapoznać się z całością argumentacji przeciwnej, gdyż wymagałoby to intensywnej lektury, zakwestionowania swoich dotychczasowych przemyśleń
  • oraz wpłaty 10 złotych.

Pani Eva, jak większość ludzi, chce czuć się dobrze i do tego samopoczucia nagina świat, obrażając po drodze sporo ludzi. Ponieważ jednak antykoncepcja jest grzechem ciężkim, po którym idzie się do piekła, toteż o ignorancji niepokonalnej w jej przypadku mowy być nie może. Bo jak potrakować poważnie słowa tego typu:

A co do soboru Trydenckiego, do ktorego się Państwo odnoszą to polecam posłuchanie egzorcyzmów Annaliese Michel, ten sobór wyrządził wiecej zła niż dobra. [pisownia oryginalna]

A to dzidzia powiedziała i potupała! No, no. Najwyraźniej nasza polemiczka Eva za dobrze tych egzorcyzmów, które odbywały się w latach 1973-1976 nie słuchała, bo mowa jest tam o Soborze Watykańskim II (1962-1965), a nie o Soborze Trydenckim, który odbył się w latach 1545-1563, jeśli jest to w ogóle jakiś argument. Bo dlaczego demony, o ile im wierzyć i wierzyć w to, że są i że mówiły, miałyby w latach 1973-76 mówić o Soborze z lat 1545-63, skoro po drodze był jeszcze Sobór Watykański I (1869-1870)? I jaka z tego nauka? Że trzeba sprawdzić fakty, zanim się tutaj coś na blogu skomentuje, że nie warto „uczyć ojca pacierza”, a równia: półprawda, ćwierćprawda do  g… prawda jest bardzo pochyła.

I dlaczego pani Eva, która popełnia tak śmieszne błędy, się na naszą Redakcję tak rzuca?

Bo nie ma pojęcia, o czym pisze, a wydaje jej się, że ma, a poprzez swoje zachowanie odcina się od jedynego źródła wiedzy, które mogłoby te jej poglądy sprostować.

A dlaczego tak robi?

Bo nie jest w stanie przewidywać konsekwencji swoich zachowań, bo chce się czuć dobrze, bo chce być górą, bo chce być z siebie zadowolona, że nam tak nosa utarła. O! I tak robi od lat we wszystkich dziedzinach swojego życia, bo inaczej by się i tutaj tak nie zachowała. 

A czy to warto tak tę biedną kobietę flekować, która nie ma możliwości się bronić?

Warto, bo jest to napiętnowanie przykładu relatywistycznego narcyzmu na konkretnym przykładzie. Kobieta ta nie jest „biedna”, tylko zadowolona z siebie i bezczelna, a jeśli nikt jej zachowania nie upomni, to ona w takim stanie umrze. Do końca z samej siebie zadowolona, mniemając, że jest „dobrą katoliczką”. Może w chwili śmierci przypomni sobie tę wymianę zdań, może ten nasz komentarz w jej i nie tylko jej życiu zmieni, bo jak pójdzie do piekła, bo przynajmniej piszący te słowa nie będzie jej miał na sumieniu, skoro ją przestrzegł. 

Opisana w poniższym wpisie historia z potępieniem „bardzo pobożnej osoby” jest niestety prawdziwa, osoba ta jest względnie była publiczna, więc więcej informacji nie ujawnimy.

A skąd wiemy, że potępienie miało miejsce?

Bo autor tego wpisu zna kogoś, komu wierzy, że tamten nie kłamie, nie zmyśla i jest zdrowy psychicznie, a kto miał wizję potępienia „bardzo pobożnej osoby”, zupełnie taką samą, o jakiej przeczytać można w średniowiecznych legendach (legenda – „rzeczy do czytania”) lub w podaniach o cudach, wizjach, przeżyciach NDE, które zebrał choćby Caesarius z Heisterbach w swoim Dialogus miraculorum lub uczynili to inni autorzy. 

A jeśli to niby wiarygodne źródło kłamie lub wizja pochodziła od złego ducha?

To trudno, nie możemy tego zweryfikować, a wówczas trzeba przyjąć lub mieć nadzieję, że „bardzo pobożna osoba” trafiła mimo wszystko do czyścca.

Ale co jeśli to prawda? Jeżeli wizja jest prawdziwa, a osoba ta została potępiona?

Spróbujmy odpowiedzieć stopniowo:

Czy można w ogóle trafić do piekła?

Można.

Czy są w historii Kościoła precedensy osób, które uchodziły za dobre i bardzo pobożne, a zostały potępione?

Są, opisuje je choćby wspomniany Caesarius z Heisterbach, ale także takie dzieła (źródła za Aron Guriewicz, Problemy średniowiecznej kultury ludowej, Warszawa 1987) jak:

  • św. Grzegorz Wielki, Listy (PL 54)
  • św. Grzegorz z Tours, O cudach św. Marcina. List (PL 71)
  • św. Grzegorz z Tours, Księgi cudów (PL 71),
  • św. Grzegorz z Tours, Księga o chwale błogosławionych wyznawców (PL 71)
  • Rudolf z Schlettstadt, Historie godne pamięci 
  • inni.

A czy potępienie „bardzo pobożnej osoby” z czysto teoretycznej perspektywy stosowania katolickiej teologii moralnej jest w ogóle możliwe?

Jest, bo zmarła śmiecią nagłą i niespodziewaną, a popełniła przynajmniej dwa grzechy ciężkie, o których nam wiadomo, których nie odżałowała (może nie zdążyła), a które były publiczne i bardzo brzemienne w skutkach. Zatem kładąc nawet informację o rzekomej wizji między bajki, potępienie jest możliwe, bo grzechy ciężki były.

Jakie wnioski? 

Nie bądźmy z siebie zadowoleni, nie żyjmy tak, by było nam wygodnie, nie uważajmy, że wszystko nam się za darmo należy, a już na pewno nie zbawienie. Nie uważajmy, że się wykręcimy się w godzinie śmierci ignorancją niepokonalną, jeśli uciekamy od wiedzy lub od tych, którzy mogą jej nam udzielić. Jeżeli bowiem ja czegoś dowiedzieć się nie chcę, bo wytrąci mnie to z dobrego samopoczucia, to o żadnej ignoracji niepokonywalnej nie ma mowy. Potępienie wieczne jest straszne. Wieczne męki, wieczne wyrzuty sumienia oraz wieczna świadomość, że napotkaliśmy ludzi, którzy nas przestrzegali, a my mogliśmy tego losu uniknąć. Bóg jest bardzo sprawiedliwy, mocno wymagający, a póki żyjemy bardzo miłosierny, bo do ostatniego tchu daje nam szanse na nawrócenie, choćby za pośrednictwem teologicznych blogów.

Świadomość, że osoba, którą znaliśmy i o której mieliśmy dobre mniemanie została potępiona naprawdę wszystko zmienia. Potępienie wieczne pobożnych jest realne, a Pan Bóg jest wymagający będąc sprawiedliwy. O tym, że potępienie wieczne będzie udziałem wielu można przekonać się śledząc nauczanie posoborowego Kościoła, i interpretując je na wspak, który przecież mówi, że:

  • aż tak źle nie będzie,
  • jest miłosierdzie, bo Faustyna i Jan Paweł II
  • nie trzeba przesadzać
  • można w ostatniej chwili żałować,
  • Dobry Łotr,
  • jest „miłosierdzie” Franciszka typu Amoris Laetitia.

a tymczasem to wszystko nieprawda, bo:

  • będzie dużo gorzej niż się nam wydaje, bo uzyskamy ogląd absolutnie wszystkich naszych grzechów i ich konsekwencj;
  • jest sprawiedliwość, a nauką o fałszywym miłosierdziu fałszywych objawień prywatnych mocno grzesznego papieża kieruje się mnóstwo osób do piekła, które wybierają, to co wygodniejsze;
  • trzeba przesadzać w rozumieniu dbałości o każdy szczegół, który sumarycznie zdecyduje o zbawieniu lub potępieniu;
  • można i w ostatniej chwili nie żałować, bo dojdzie się  z czasem do zatwardziałości sumienia lub doświadczy nagłej i niespodziewanej śmierci;
  • nie jesteśmy Dobrym Łotrem, który umierał w męczarniach przez kilka godzin, miał świadomość swoich grzechów oraz zdobył się na żal doskonały. Nie zmarł zatem nagłą i niespodziewaną śmiercią w samozadowoleniu.
  • sam „papież” Franciszek i jego heretycka Amoris Laetitia są najlepszym przykładem na to, że żadnego „miłosierdzia” nie będzie, tylko wielki sąd sprawiedliwości nad nami wszystkimi.

I dlatego piszący te słowa zastanawia się coraz bardziej na swoim własnym zbawieniem i zaczyna rozkładać swoje siły tak, by troszcząc się o innych, którzy traktują go tak jak wspomniana czytelniczka Eva, sam nie został potępiony, bo w godzinie śmierci każdy jest absolutnie sam i musi rozliczyć się z tego, czego Bóg od niego żądał.  

Dlatego też odmawia on ostatnio codziennie wieczorem poniższą modlitwę o dobrą śmierć, znalezioną w brewiarzu Piusa X. Divino afflatu, którą wszystkim poleca.

O Maryjo, bez grzechu pierworodnego poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy;

Ucieczko grzesznych, Matko konających, nie opuszczaj nas w godzinie naszego wyjścia [z tego świata],

lecz wyjednaj nam żal doskonały, 

szczerą skruchę,

odpuszczenie naszych grzechów,
godne przyjęcie Świętego Wiatyku,
umocnienie Ostatnim Namaszczeniem,
abyśmy z ufnością mogli stanąć
przed sprawiedliwym, ale i miłosiernym Sędzią,
naszym Bogiem i Zbawicielem.

Amen.

Założenia relatywistycznego narcyzmu

Piszący te słowa uświadamia sobie, że bardzo różni się od innych ludzi, gdyż w jego życiu chodzi głównie o to, by sprostać pewnym obiektywnym normom, które są głównie religijne, a nie o to, by czuć się dobrze. A czy nigdy czuje się dobrze? Owszem, ale czuje się dobrze o tyle, o ile te wymagania spełnia, a nie czuje się dobrze dlatego, że jest sobą. A co to znaczy? To, że większość osób, z którymi się ostatnio styka, myśli następująco:

  1. Ponieważ ja robię A, dlatego A jest w porządku.

  2. Ponieważ Ty robisz A, dlatego A jest złe, ponieważ Ty to robisz, a nie ja.

  3. Cokolwiek ja robię jest dobre, ponieważ ja tak robię.

  4. Cokolwiek Ty robisz jest złe, ponieważ Ty to robisz.

  5. Wszystko, co ja robię jest dobre, wszystko co, Ty robisz jest złe.

  6. Bo ja, to ja, a Ty, to Ty.

Ale czy nie jest to rozumowanie absolutnie absurdalne? Na poziomie logicznym jest, ponieważ ktoś taki żyje w ciągłej sprzeczności, ale na płaszczyźnie psychicznej jest to niezwykle wygodne, ponieważ wartość czegokolwiek zależy wyłącznie od tego, czy danej osobie jest to akurat na rękę. A czy takie rozumowanie nie jest całkowicie narcystyczne? Oczywiście, że jest, a przez to także relatywistyczne. A co zrobić w przypadku konfliktu interesów? Stosować przemoc, albo obrażać przeciwnika przypisując mu wszystkie własne negatywne cechy. A kiedy go obrażać? Kiedy odnażył powyższą niespójność i nasze wewnętrzne kłamstwo, przez co czujemy się źle, a nie dobrze, a pierwszym aksjomatem naszego systemu jest to, by czuć się dobrze.

Czy jako katolicy czujemy się dobrze?

W tym życiu niekoniecznie czujemy się dobrze, gdyż zaczynamy z negatywnym bagażem grzechu pierworodnego, ze skłonnością upadłej natury, doświadczamy własnych grzechów, które są grzechami właśnie dlatego, że się do obiektywnej normy Boga nie stosujemy. Narcystyczny relatywista, opisany powyżej, żadnej zewnętrznej normy nie ma, oprócz samego siebie. A jak będzie argumentował?

Że Ty, masz robić wszystko, bym ja czuł się jeszcze lepiej. Im więcej będzie to Ciebie kosztować, tym lepiej będzie dla mnie, bo wtedy będę górą.

A jakiej motywacji użyje? W kontekście religijnym, np. religijnych blogów, motywacji religinej:

że dobry katolik to powinien, ale ja nie, że teolog, to musi, ale ja nie, że od innych to wymagać trzeba, ale nie ode mnie etc.

Im wyższe wyobrażenie ktoś będzie miał o swojej własnej moralności lub religijności, która wynika wyłącznie z własnego Ja, a nie z konfrontacji z obiektywną prawdą, by mniej dopuści, by inni mu jego obraz własny zniszczyli. I właśnie taka struktura myślenia i argumentacji kryje się za tym, że 99,5% czytelników tego bloga zupełnie go nie wspierało.

A dlaczego go czytało?

Bo się w ten sposób narcystycznie dowartościowywali. Bo mogli kogoś pouczyć i być górą, bo mogli swojemu proboszczowi błędy wytknąć i być górą, bo nie musieli dać niczego z siebie i byli górą, bo piszący te słowa coś dla nich robi, a oni dla nie nie i dlatego są górą, bo ich o coś prosi, oni nie dadzą i dlatego są górą. Patrz nasze wstępne punkty. Jeżeli zwracamy im na to uwagę wówczas piszą lub myślą:

Jak to? To ja nie jestem wysoce moralną osobą? Przebóg nigdy. To on jest be.. jeśli mi to zarzuca.

Problem ten nie jest jednak intelektualny, bo każdy uświadamia sobie sprzeczność, ale psychiczny, bo każdy chce czuć się dobrze nie będąc poddawany konfrontacji w obiektywną rzeczywistością. Co jest celem tego bloga? Zbawianie dusz. Przez co? Poprzez informację, która wpływa na moralność i prowadzi do nawrócenia. Jeżeli jednak podawana tu nauka na moralność nie wpływa i żadnych owoców nawrócenia nie ma, to najwyraźniej coś źle działa. A co? Całkowita darmowość usługi bez żadnych konsekwencji, bo jeśli 99,5% czytelników nie chce płacić przynajmniej 10 zł miesięcznie za te treści, co stanowi przypuszczalnie jakiś ułamek ich miesięcznych dochodów, to podobnie postępuje we wszystkich innych dziedzinach swojego życia:

Ponieważ ja to robię, to jest to ok, albo nie jest aż takie złe, bo ja to robię. Trzeba żyć. Najwyżej się wyspowiadam. Gdyby robił to ktoś inny, to byłoby złe, ale nie w przypadku, gdy ja tak robię.

Większość ludzi, także naszych czytelników, skoro są ludźmi, żyje zatem w kłamstwie, od lat, na wielu płaszczyznach. Czy tak się zbawi? Jest to wysoce wątpliwe. Przecież postęp jest możliwy wyłącznie wtedy, gdy wiem jaka jest obiektywna hierarchia oraz wiem, to, że ja tego postępu potrzebuję.  Inaczej muszę urabiać rzeczywistość do tego, by mnie było wygodnie, a Sąd Boży w momencie śmierci obnaży, jak bardzo się myliłem. Nie jest rzeczą możliwą dążyć do świętości, a grzeszyć stale, mając świadomość grzechu, nawet w jednej małej dziedzinie. Wówczas cała ta świętość jest bardzo wątpliwa, a Pan Bóg jest bardzo wymagający.

Bojaźń Boża jako lęk przed potępieniem wiecznym

„Bojaźń Pańska jest początkiem mądrości” (Syr 1, 14),

jak mówi Pismo, a całe życie duchowe polega właśnie wzroście bojaźni. Od bojaźni przed karą za grzechy popełnione do bojaźni przed tym, że nie spełnia się w 100% wymagań i oczekiwań Pana Boga wobec nas.

Ale czy Pan Bóg swoich oczekiwań nam nie komunikuje, byśmy mogli je spełnić?

Owszem, ale poprzez grzechy i zaniedbania stajemy się coraz bardziej głusi.

„Gdy usłyszycie głos Jego, serc nie zatwardzajcie” (Ps 95,8),

mówi absolutnie pierwszy psalm wszystkich godzin brewiarzowych w każdym brewiarzu. Zatem Kościół modli się o to, by w ogóle był w stanie usłyszeć głos Boga i to każdego konkretnego dnia. Do grzechu śmiertelnego nie dochodzi się od razu, ale poprzez:

  • Zaniedbanie możliwości czynienia dobra,
  • Okazjonalny grzech lekki,
  • Stały grzech lekki,
  • Grzech ciężki.

Po pewnym czasie nawet grzechów ciężkich się nie zauważa, gdyż skonstruowało się sobie takie światopogląd, by „było mi wygodnie” żyć. I tak trafia się do piekła.

Piszący te słowa przeżył niedawno nagłą i niespodziewaną śmierć pewnej osoby, może nie bliskiej, ale kogoś, kogo znał, lubił, cenił i szanował. Osoba ta był wierząca, praktykująca, pobożna, ciesząca się bardzo dobrą opinią osób innych osób rzeczywiście pobożnych. Mimo to osoba ta popełniła zarówno pewien (i) grzech ciężki zaniedbania (peccatum ommissionis), to jest bardzo ważne zaniedbanie w ważnej kwestii, jak i inny (ii) grzech ciężki uczynkowy (peccatum commissionis) bardzo brzemienny w skutkach, którego do końca nie żałowała, ani nie odwołała, chociaż był to grzech publiczny. Piszący te słowa ma przeświadczenie, w przeciwieństwie do prawie wszystkich, którzy tę osobę znali, że została ona niestety potępiona. A skąd wie? Tego nie powie. Autor tego wpisu wiedział za życia tejże osoby o grzechu (i) i nawet osobę tę osobiście w tej kwestii upomniał, na co ta odpowiedziała mu z grubsza, że

„ona jest ok i tak już wystarczająco dużo zrobiła, a winni są inni”.

O (ii) nie wiedział, aż do momentu jej śmierci. Ponieważ mamy tutaj do czynienia z przynajmniej dwukrotnym grzechem śmiertelnym, bardzo brzemiennym w skutkach, z nagłą i niespodziewaną śmiercią, bez wiadomej skruchy, bez ostatnich sakramentów (spowiedź, ostatnie namaszczenie, wiatyk, modlitwy przy umierających etc.), toteż z czysto teologiczno-teoretycznego punktu widzenia potępienie wieczne nie jest w tym wypadku wykluczone, skoro Kościół naucza, iż

„człowiek obciążony tylko jednym grzechem śmiertelnym od razu po śmierci idzie do piekła” (DH 1002, 780, 839, 858,1075, 1306)

Nagła i niespodziewana śmierć nigdy za łaskę nie uchodzi, o nawet modlimy się od zachowanie od niej. Dlaczego? Ponieważ sam proces umierania bardzo oczyszcza duszę i ukazuje jej wymiar nadprzyrodzony. Ludzie się boją, bo widzą demony i konsekwencje swoich grzechów, wydaje się również, że zyskują większą ich świadomość, skoro ożywa ich sumienie, a przynajmniej tak wynika z doświadczeń bliskiej śmierci (NDE) oraz z obserwacji piszącego te słowa przy śmierci bliskiej mu osoby, która umierała przez trzy dni. W momencie śmierci przychodzimy coraz bliżej do światła i możemy jeszcze, o ile jesteśmy świadomi, żałować, o ile samo umieranie trochę potrwa.  Śmierć nagła i niespodziewana takich możliwości nie oferuje. Być może łaskę dobrej śmierci Pan Bóg daje tym, którzy o Nim za życia naprawdę pamiętali. Piszący te słowa się często o nią modli, jak i o momencie swojej śmierci każdego dnia pamięta, do czego zachęca także tradycyjna teologia. Zatem biorąc pod uwagę:

  1. Naukę Kościoła
  2. Życie tej osoby,
  3. Okoliczności jej śmierci

jej potępienie jest niewykluczone. I co z tego, że prawie wszyscy przekonani są o jej zbawieniu, skoro Pan Bóg osądził inaczej? A czy to naprawdę wiemy? Kto wie, ten wie, ale przecież bezpieczniej zastosować tutaj rygoryzm niż laksyzm, czyli zakładać większe niż mniejsze wymagania Pana Boga względem nas samych. Opinia ludzka jest zawodna, bo ludzie lubią podobnych sobie, bo jeśli jej się udało, to mnie się też uda. Wspomniana osoba była bardzo pewna tego, że zostanie zbawiona, bo i tak miała już cieżko za życia, bo była w porządku, co zakomunikowała także osobiście piszącemu te słowa. Ponieważ autor tego wpisu czytał kilka wyznań dusz potępionych,[1] toteż wie on, jak bardzo Pan Bóg jest wymagający i jak mało Jego sądy odpowiadają sądom ludzkim, o ile wspomniane wyznania odpowiadają faktom. O ile osoby z przeczytanych wyznań uchodziły za dobre, przeciętne, „ech tam, słabość ludzka, takie sobie grzeszki”, to osoba niedawno zmarła, o której mowa, uchodziła według niektórych, nawet za świętą. Piszący te słowa był też aż do jej śmierci pewny, że przynajmniej czyścca doświadczy, a okazuje się, że raczej nie doświadczy, co napełnia go głębokim smutkiem.

A czy Pan Bóg nie jest miłosierny?

Jest za naszego życia, o osoba ta wielkiego miłosierdzia Boga z pewnością doświadczyła, bo miała bardzo udane życie, ale po śmierci jest sprawiedliwy, co nie jest sprzecznością, ale przymiotami Boga, które w Nim samym są czymś jednym, a których my doświadczamy sukcesywnie.

Jaka stąd nauka?

Podane powyżej przykłady mają tę cechę wspólną, która prowadzi do potępienia, że ludzie ci dopasowują rzeczywistość do własnego Ja, zamiast dopasowywać samym siebie do rzeczywistości. I co ciekawe, do końca życia, lekceważąc drogiazgi, można być przekonanym, że jest się w porządku wobec Boga, chociaż faktycznie tak nie jest. Skoro znana autorowi tego wpisu osoba najprawdopodobniej została potępiona, względnie ma on odnośnie tego smutną i przegnębiającą moralną pewność, to kto się zbawi? I czy on sam też, skoro sąd Boży jest tak przerażający.  Wydaje się, że pierwszym krokiem ku świętości jest zapytanie samego siebie:

Czy żyję w podwójnej moralności? Podwójnej księgowości? Czy dopasowywuję rzeczywistość do samego siebie?

Czy wiem, czego Pan Bóg ode mnie wymaga, a ja tego z powodu wygodnictwa lub tchórzostwa nie czynię?

Jeśli tak by było, to znajdujemy się na równi pochyłej, na której końcu zaskoczy nas nagła i niespodziewana śmierć i potępieniem wiecznym. Niestety Pan Bóg jest bardzo wymagający. Amen.

[1] Por. http://www.fronda.pl/blogi/z-glebokosci-wolam-do-ciebie-panie/wyznania-potepionego-kaplana,28240.html http://www.ultramontes.pl/list_z_piekla.pdf

Reklamy

2 thoughts on “O dobrym samopoczuciu własnym i potępieniu wiecznym

  1. Dziękuję za ten wpis, który sobie właśnie odswiezylam, a który w pierwszej chwili napelnil mnie lekkim przerażeniem, że kto w takim razie się zbawi. Wydawalo mi sie, że skoro się praktykuje to daje to jakas gwarancje. A okazuje się, że nie i że można sobie stworzyć taki wygodny świat samozadowolenia i nawet nie zauważyć, ze coś jest nie tak i że glosu Boga już sie nie slyszy. Czytam właśnie Zarys Teologii Ascetycznej Tanquereya poleconego przez Redakcję i wysokie wymagania Pana Boga sie potwierdzaja. W zasadzie bez pokuty, bez umartwiania się, bez ciągłego wysiłku wymaganych cnót się nie rozwinie. To całkowicie zmienia moje patrzenie na religię. Moje dotychczasowe wyobrażenia to była naiwnosc.

    Czy można prosić o podanie przykładu poważnego zaniedbania będącego grzechem ciezkim? Nie mam na myśli oczywistosci typu porzucenie dzieci, tylko cos czego można by było w sobie nie dostrzec lub sie latwo wytlumaczyc z odpowiedzialnosci, tak jak ta zmarła osoba z wpisu.

    Lubię to

    1. @ viridis

      Najlepszym przykładem byłoby życie właśnie tej znanej pobożnej osoby, którego jednak nie podam, gdyż zakładałoby to sporo wyjaśnień oraz zniesienie anonimowości.

      Dlatego inny przykład: Ma Pani syna lub córkę, którzy żyją na kocią łapę. Pani obowiązkiem jest przestrzeżenie swojego dziecka, ukazanie skutków doczesnych – grzech ciężki i wiecznych – piekło oraz zamrożenie stosunków dopóki stan ten trwa. Jeśli Pani tego zaniecha, a syn lub córka umrze w tym stanie, bo potraktuje go za normalny, będzie to Pani grzech ciężki zaniedbania.

      Jeśli Pani przestrzeże, wyciągnie konsekwencje, a tamten się nie posłucha, to nie Pani wina. Ale w takim przypadku: bezpośrednia odpowiedzialność matki, jest Pani zobowiązana.

      Lubię to

Możliwość komentowania jest wyłączona.