Hanna: Małżeństwo po katolicku, czyli co zamiast Naturalnej Metody Planowania Rodziny?


Holy-Family-2

Po zakończeniu naszego teoretycznego wstępu na temat czystości małżeńskiej prezentujemy niniejszym wpis autorstwa naszej czytelniczki i tłumaczki Hanny, który powstał spontanicznie w nieznajomości naszym planów wydawniczych, co dowodzi tego, że Opatrzności działa nawet w małym zakresie naszego bloga.  Wpis ten ukazuje stronę praktyczną praktykowania pożycia małżeńskiego według zaleceń teologii tradycyjnej oraz odpowiada na pytanie:

„Czy praktyki te skończą się 14 potomstwa?”

Opowiedź brzmi:

„Nie, co najwyżej 6.”

Piszący te słowa wiedział, co prawda, że karmienie piersią hamuje płodność, ale wszystkich podanych poniżej mechanizmów nie znał. Uświadomił sobie jednak, jak głębowo nienaturalna jest wszelka antykoncepcja, także polegająca na współżyciu w okresie niepłodnym, a jak naturalna jest natura, o ile człowiek się do niej stosuje. Ile problemów odpada, jeśli małżeństwo żyje w niżej opisany sposób.

To żona nie może pracować?

Wygląda na to, że jak są dzieci, to nie może, bo ma inne zajęcia, stąd tradycyjny model rodziny górą. Piszący te słowa zna mnóstwo przykładów, gdzie obydwoje pracują, stosuję antykoncepcję, mają jedno do dwójki dzieci, cały czas się kłócą, dzieci są nieszczęśliwe, bo matki w domu nie ma, a jak jest, to kłóci się z ojcem, a on z nią, co kończy się po jakimś czasie rozwodem i domniamanej korzyści materialnej dwóch pensji nie ma, ani też rodziny. A mężczyzna nie ma nic, tylko płaci, płaci i płaci. Zatem ten model rodziny się ewidentnie nie sprawdza, zawodząc tak regularnie, iż ludziom wydaje się, że tak być musi i że jest to normalność, którą legalizuje Amoris Laetitia. W tymczasem Bóg na pierwszym miejscu reguluje każde miejsce następne w hierarchii człowieka. Trzeba wyjść z założenia, że jeżeli my troszczymy się o Boga, to i On troszczy się o nas. Amen.

Jeśli przyjrzymy się dokładniej Naturalnemu Planowaniu Rodziny, metody „regulacji urodzeń” promowanej obecnie przez Kościół Katolicki, musimy dojść do wniosku, że to nic innego jak tylko antykoncepcja z pieczątką Kościoła. Słusznie nie widzi żadnej różnicy pomiędzy metodami naturalnymi a sztucznymi każdy, kto zechce użyć rozumu oceniając oba zjawiska. Jak pisze Don Pietro Leone w zamieszczonym przez Redakcję artykule, intencja jest dokładnie ta sama i o intencję tu przecież chodzi. Na zarzuty sceptyków, zwolennicy NPR mają tylko jeden argument. Wykorzystywanie cyklicznej niepłodności kobiety jest naturalne, bo przecież Pan Bóg tę cykliczną niepłodność stworzył, więc można to dzięki obecnej wiedzy naukowej wykorzystać. Ponadto jeśli Pan Bóg zechce, to i w dzień niepłodny do zapłodnienia dojdzie. Sama takie argumenty od księdza słyszałam, kiedy poddałam w wątpliwość moralność metod naturalnych. Słaby to argument, bo kiedy Pan Bóg zechce to i antykoncepcja sztuczna zawiedzie, nie byłby On przecież wszechmocny, gdyby w Jego planach człowiek miał przeszkodzić. A czy małżeństwo stosujące NPR jest bardziej otwarte na życie, jak chcą to widzieć propagatorzy? Chyba nie bardzo, skoro jako koronny argument na rzecz NPR podaje się jej wyższą skuteczność w zapobieganiu ciąży niż w przypadku sztucznej antykoncepcji. Czy okresowa wstrzemięźliwość zbliża małżonków? Gdyby nie była ona nadmiernym ciężarem, pewnie by tak było. Rzeczywistość nie jest jednak tak cukierkowa jak się narzeczonym przedstawia. Z czystej biologii kobiety wynika, że dni „bezpiecznych” w każdym miesiącu jest naprawdę niewiele i przypadają one głównie na koniec cyklu, gdy libido spada do zera a napięcie przedmiesiączkowe u wielu kobiet sprawia, że zbliżenie jest ostatnią rzeczą o której myślą. Kobieta nierzadko zmusza się, bo przecież tylko wtedy można, co jest źródłem frustracji dla obojga małżonków. Współżycie upada, ograniczając się do kilku razy w miesiącu w najlepszym razie, wywołując wiele napięć i konfliktów. Po pewnym czasie pojawiają się więc pomysły stosowania antykoncepcji sztucznej w dni płodne, czy też całkowitego przejścia na sztuczne metody. Zdecydowanie wzrasta też ryzyko nieczystości w samotności albo praktyk we dwoje niezgodnych z naturą. Byleby tylko dziecka z tego nie było.

Czy naprawdę Pan Bóg zaplanował coś nie tak? Dlaczego pożycie małżeńskie Katolików jest pełne napięć i frustracji? Dlaczego to nie działa?

Nie ma prawa działać dlatego, że nie jest to zgodne z naturą i Bożym zamysłem.

Aby odkryć jak Pan Bóg poukładał sprawy pomiędzy małżonkami, musimy cofnąć się do czasów sprzed emancypacji kobiet albo podpatrzeć jak żyją plemiona nieskażone cywilizacją, pozbawione „dobrodziejstw” antykoncepcji. Od zawsze podstawowym celem małżeństwa było zrodzenie i wychowanie potomstwa. Podstawową rolą żony jest więc urodzenie i wychowanie dzieci, co jeszcze sto lat temu nie wywoływało buntu większości kobiet. Tak po prostu było i jeszcze do nie dawna na wsiach, jeśli po ślubie nie było długo dziecka, cała wieś brała bezdzietne małżeństwo na języki i dopytywała o przyczynę. Nie twierdzę, że niegdyś nie próbowano poczęcia dzieci unikać. Metody antykoncepcji są stare jak świat, jedynie ich skuteczność wzrastała. Kobiety zajmowały się jednak głównie prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci. Nie myślały o studiach i karierze w korporacji. I tu dochodzimy do sedna sprawy.

Jak wychowywano wówczas małe dzieci? Zgodnie z naturalnym instynktem, poświęcając potrzebny im czas. Długie karmienie piersią i spanie z dzieckiem w jednym łóżku to była norma. Dzisiaj to fanaberia wywołująca uśmiech politowania albo nawet i szczere współczucie z powodu uwiązania matki przez dziecko. Kiedy urodziła się moja córka, miałam w głowie zakodowane, że dziecko powinno spać w swoim łóżeczku. To z resztą jeden z pierwszych nabytków przyszłych rodziców podczas przygotowań do narodzin dziecka. Całkowicie zbędny! (no, przydać się może tylko jako kojec do bezpiecznego zostawienia dziecka na chwilę w ciągu dnia) Moja córka miała na szczęście inny pogląd na sprawę i przez trzy miesiące nie dała się przekonać do spania w łóżeczku. Poddaliśmy się w końcu i to była jedna z najlepszych decyzji dotyczących wychowania dziecka. Córka powędrowała do mamy do łóżka i w końcu obie mogłyśmy się wyspać. Karmiłam piersią długo, bo przeszło dwa i pół roku. Dzięki temu zupełnie niespodziewanie dla mnie odkryłam, że długie karmienie piersią chroni przed zajściem w ciążę, a raczej powiedziałabym, zdecydowanie opóźnia pojawienie się kolejnego dziecka. Już widzę te uśmieszki, zwłaszcza osób związanych z medycyną, bo karmienie piersią zostało dawno zdewaluowane jako metoda zapobiegania ciąży. Tak, i słusznie, bo nią nie jest. A dlaczego? Ponieważ owulacja może nastąpić PRZED pierwszą poporodową miesiączką. Nie zawsze można ją więc przewidzieć i zauważyć. Można ją jednak znacząco opóźnić poprzez karmienie piersią ale (uwaga!) tylko jeżeli jednocześnie dziecko będzie spało z mamą. Najważniejsze jest tu częste karmienie w nocy (a spanie z dzieckiem temu sprzyja), ponieważ to właśnie nocne karmienie najbardziej pobudza wydzielanie prolaktyny, od której zależy ilość wydzielanego mleka oraz blokowanie owulacji.[1] Spanie z dzieckiem jest więc także najlepszą naturalną metodą na powszechne dzisiaj problemy z niedoborem pokarmu. Kiedy miesiączka długo nie pojawiała się, zaczęłam czytać na ten temat i dotarłam do pewnych informacji głównie na stronach amerykańskich. Znalazłam potwierdzenie, że długie karmienie piersią pod warunkiem spania z dzieckiem i nocnego karmienia powoduje, że okres niepłodności może trwać nawet 2-3 lata, czasami przez cały czas karmienia. U mnie trwał dwa lata. Moja ginekolog była zdumiona ale potwierdziła, że w tym czasie płodności nie było.[2] NPR przegrywa więc na samym starcie. Seks kilka razy w miesiącu przeciwko co najmniej 6 miesiącom a nawet kilku latom bez żadnych ograniczeń typu miesiączka i owulacja? Podczas prawidłowej ciąży także nie ma ograniczeń. Poza ogólnymi zasadami (nie częściej niż 2-3 razy w tygodniu) dla żyjących po bożemu, w zgodzie z naturą, Pan Bóg jest zatem bardzo hojny. Nic więc dziwnego, że do wynalezienia „katolickiej” antykoncepcji Kościół nie musiał zajmować się sprawami miednicy. Po prostu nie było czym.

Szukając informacji na temat związku karmienia piersią z niepłodnością laktacyjną, znaleźć można głównie stwierdzenia, że niepłodność występuje tylko przez 6 miesięcy. Nie jest to jednak do końca prawdą. Na pewnym blogu prowadzonym przez panią ginekolog znalazłam ciekawe informacje, które są co do zasady zgodne z moimi obserwacjami oraz doświadczeniami innych matek, o których kiedyś czytałam:

„U kobiet, które z rożnych powodów nie karmią, owulacja występuje w przeciągu 6 tygodni od porodu, a miesiączka – do 8 tygodni od porodu. Dlaczego o tym piszę skoro post jest o kobietach karmiących? Tylko dlatego, że podobna jest sytuacja, jeżeli przez cały okres karmienia (jak długi by nie był) nie miałyście miesiączki (a może tak być i jest tak u ok.30% kobiet), to miesiączka powinna się pojawić do 2 miesięcy od odstawienia dziecka.

Pojawienie się miesiączki u kobiety niekarmiącej można uznać za objaw powrotu płodności. Natomiast u kobiet karmiących nie jest to takie oczywiste. Mogą mieć miejsce trzy różne warianty z podobną częstością:

  1. Może być prawidłowy cykl z owulacją już w cyklu poprzedzającym pierwszą miesiączkę;

  2. Może być cykl z miesiączką, ale bez owulacji – zazwyczaj po 2-3 cyklach bezowulacyjnych, cykle stają się owulacyjne;

  3. Może być i owulacja, i miesiączka, ale faza lutealna nie będzie jeszcze gotowa na przyjęcie ciąży i jej utrzymanie.

W pierwszym przypadku wraca płodność zanim się zorientujemy. W drugim i trzecim – kobieta myśli, że wróciła płodność a wcale tak nie jest.

Co gorsze – nie wiemy u której kobiety, która sytuacja ma miejsce.

Zasadniczo – w pierwszych 6 miesiącach przy wyłącznym (!) karmieniu piersią, szanse na ciążę są rzędu 2%. W drugim półroczu szanse na ciążę są „tylko” ok. 15%.

Po roku karmienia szanse na ciążę nie odstawiając dziecka są rzędu ok 30-40%. Sporo, ale to wciąż mniej niż połowa kobiet. Czy to znaczy, że kobieta musi odstawić dziecko, żeby zajść w drugą ciążę? Zdecydowanie nie uważam, żeby tędy była droga, ponieważ – uwaga, uwaga – jeżeli nie wróciła wam płodność to znaczy, że wasze ciało zdecydowało, że nie jest gotowe aby wykarmić dwoje dzieci – jedno piersią a drugie macicą. Nie bądźmy mądrzejsi od natury. Ona najlepiej wie, kiedy nasze ciało będzie gotowe stworzyć nowe życie. U jednych kobiet będzie to po pół roku, u innych dopiero po zakończeniu karmienia.”[3]

Jak więc widać, karmienie piersią nie jest metodą antykoncepcji (należy jednak zauważyć, że pani doktor nie pisze o dodatkowych warunkach, jak spanie z dzieckiem, które to znacznie opóźniają powrót płodności). W ciążę można zajść po pół roku ale i równie dobrze dopiero po 2-3 latach od urodzenia dziecka. Co więcej, różnie ten okres kształtować się może pomiędzy kolejnymi ciążami. Chciałabym jedynie podkreślić, że życie po katolicku nie musi oznaczać dziecka co roku, a Pan Bóg będzie najlepiej wiedział kiedy kolejnym dzieckiem małżonków obdarzyć.

Pojawianie się wiec dzieci w małżeństwie co 3-4 lata jest więc całkowicie naturalne (w przypadku dużej płodności oczywiście może być to częściej) i tak dzieje się i dzisiaj w krajach afrykańskich choćby. Ile więc dzieci może „dorobić” się małżeństwo chcące żyć prawdziwie po katolicku? Zakładając 25 lat płodności kobiety w czasie trwania małżeństwa (od np. 20-tego do 45-tego roku życia), wychodzi nie więcej niż ośmioro-dziewięcioro dzieci. Trudno mi było znaleźć jakieś dane statystyczne na temat dzietności kobiet w Afryce, ale znalazłam wypowiedź pewnej położnej pracującej w Tanzanii, według której kobieta rodzi tam średnio ośmioro dzieci. Z wiekiem płodność spada i wydłuża się okres „starania” o kolejne dziecko, ponadto w Afryce jest zdecydowanie większa śmiertelność niemowląt, więc z braku karmienia piersią płodność wraca szybciej. Również płodność w krajach uprzemysłowionych z powodu zanieczyszczenia środowiska oraz mniej naturalnych warunków życia także może być niższa niż w Afryce. Biorąc to pod uwagę najbliżej prawdy będzie moim zdaniem, jeśli oszacujemy średnią potencjalną liczbę dzieci na 6 w czasie życia przeciętnej polskiej Katoliczki.[4] Daleko tu do mnożenia się jak króliki. I to bez żadnej „katolickiej” antykoncepcji i związanych z nią problemów.

Nie jest to żadne sztuczne sterowanie płodnością. To jedynie emancypacja kobiet sprawiła, że karmienie piersią stało się luksusem w dzisiejszych czasach. Dotąd karmiono dzieci tylko naturalnie i długo. Dbano zwłaszcza o długie karmienie chłopców, którzy ten przywilej mieli aż do ukończenia czwartego roku życia (dane historyczne z Polski XVII-XVIII wiecznej, o ile dobrze pamiętam). Spanie z dzieckiem także było oczywistą i powszechną praktyką. Podobnie jak brak takich urządzeń jak smoczki, które obecnie są powodem wielu problemów z karmieniem piersią a później z rozwojem mowy u dziecka.

Nie jest to poradnik dla małżeństw, a blog teologiczny, dlatego starałam się jedynie zasygnalizować temat, o którym się nie mówi lub który zbywa się uśmiechem. Zdaję sobie też sprawę z tego, że dzisiaj, kiedy kobiety pracują zawodowo (bo często muszą z przyczyn ekonomicznych), trudno jest spełnić powyższe warunki. Jedynie tradycyjny model rodziny (żona w domu z dziećmi, mąż pracuje, idealnie byłoby, gdyby i babcia do pomocy się znalazła) sprzyja życiu tak, jak Pan Bóg dla nas zaplanował. W innych przypadkach nie jest to oczywiście niemożliwe, ale jest niezmiernie trudne. Jednakże tylko w ten sposób małżeństwo rzeczywiście może być otwarte na przyjęcie dzieci, które pojawią się raz wcześniej raz później, każde w swoim czasie.

Pozostaje wspomnieć tu także o czystości małżeńskiej, której wartość jest obecnie niedoceniana. Czytelnik niniejszego bloga z tym pojęciem już się spotkał, nie będę go więc rozwijać. Pragnę jedynie zauważyć, że czym innym jest czystość zachowywana ze względu na Boga, w celu dążenia do świętości a czym innym okresowa „czystość” skierowana wyłącznie na efekt antykoncepcyjny, czyli wbrew Bogu w rzeczywistości. Stąd pierwsza do świętości prowadzi, druga wprost przeciwnie. Nie jest więc tak, że małżonkowie muszą w pełni ze swobody korzystać. Cnota, aby miała wartość w oczach Boga i dawała dobre owoce musi być rozwijana dobrowolnie. Jeśli więc małżonkowie całkowicie dobrowolnie i świadomie zechcą wstrzemięźliwość rozwijać, mogą to oczywiście dla dobra swojej duszy czynić. NPR niestety takiej wolności wyboru nie daje.

[1] http://www.lalecheleague.org/nb/nbjanfeb01p23.html

[2] Więcej na temat niepłodności laktacyjnej jako metody regulacji poczęć określanej jako lactational amenorrhea method (LAM) można przeczytać choćby w Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Metoda_LAM

Stosowanie LAM zapewnia niepłodność na 6 miesięcy po porodzie, natomiast nieco bardziej restrykcyjna metoda, zwana ekologicznym karmieniem (o którym i Wikipedia wspomina) zapewnia niepłodność w znacznie dłuższym czasie. Więcej o ekologicznym karmieniu przeczytać można tutaj: http://www.llli.org/nb/nbsepoct08p4.html Proszę nie przerażać się zaleceniami, ponieważ takie postępowanie jest całkowicie naturalne i instynktowne. Karmiąc dziecko nie szukałam metody opóźnienia owulacji, ufając wyłącznie instynktowi swojemu i dziecka. Karmienie na każde żądanie, spanie z dzieckiem, nieużywanie smoczka było dla mnie całkowicie naturalne i nie stanowiło najmniejszego problemu, nie było wcale podyktowane stosowaniem jakiejkolwiek metody regulacji poczęć. Mimo wszystko nie należałam do matek terroryzujących otoczenie swoim biustem. Dziecko miało tyle bliskości w domu, że nigdy nie dopominało się karmienia w miejscu publicznym ani ja takich pomysłów nigdy nie miałam. Naprawdę na pół roku wyłącznego karmienia piersią można zrezygnować z wychodzenia w miejsca publiczne na dłużej niż przerwa pomiędzy karmieniami.

 [3] https://mamaginekolog.pl/karmienie-piersia-a-kolejne-ciaze/

[4] [Red.] O tym, że sześcioro dzieci to osiągalna średnia świadczą choćby statystyki Banku Światowego z roku 1960, zatem przed globalnym wprowadzaniem antykoncepcji: http://data.worldbank.org/indicator/SP.DYN.TFRT.IN Obecnie średnia dzietność w Afryce oscyluje około 4,7 dziecka na kobietę, przy czym różnice lokalne są bardzo znaczne: https://www.cia.gov/library/publications/the-world-factbook/fields/2127.html https://en.wikipedia.org/wiki/Total_fertility_rate Wydaje się, że pod koniec XIX wieku, a w sumie do II Wojny Światowej ludzie mieli średnio od 4 do 6 dzieci.

Reklamy

9 thoughts on “Hanna: Małżeństwo po katolicku, czyli co zamiast Naturalnej Metody Planowania Rodziny?

  1. Rzeczywiście bardzo trafne uwagi jak i cały artykuł Pani Hanny. Rozprawiła się w nim Pani z kontrowersyjnym, posoborowym NPR-em stworzonym widocznie tylko po to, by uzasadnić odrzucenie głównego celu małżeństwa jakim było zawsze zrodzenie i wychowanie dzieci. Rzeczywiście, gdyby małżeństwa wróciły do dawnych zwyczajów posiadania gromadki dzieci, to wszystkim wyszłoby to na dobre ( zwiększyłaby się trwałość małżeństw, dzieci miałyby lepsze warunki rozwoju,wzrosłaby populacja,). Jedyna trudność, którą widzę to sprawy ekonomiczne, bo to ojciec rodziny byłby obarczony troską o jej utrzymanie. Ale – przy prorodzinnej polityce Państwa – ten problem mógłby być rozwiązany.

    Polubienie

  2. Ciekawy artykuł. Pewnie błędnie, ale z tego co wywnioskowałam to NPR to to samo co tabletki, prezerwatywy czy inne srodki antykoncepcyjne. A druga rzecz co do mnie nie przemawia, to to że nie uwierzę w bliskość żony i męża jak sie ma 4 dzieci. Nie mówie że jest to nie możliwe ale zależy od charakteru dzieci (wiem co mòwie). Przy 4 dzieci jest tyle pracy, że o 9 kładziemy się spać i tak jest 365 dni w roku, nie ma ochoty i czasu na amory.

    Nie bez powodu Bóg postawił na pierwszym miejscu małżonka, nie dzieci. Mam wrazenie, że autorka tego teksu o tym zapomina. Dzieci nie są najwazniejszym cele małżeństwa tylko dążenie do świętości poprzez życie z współmałżonkiem. Drugim celem a i owsze są dzieci. Może źle coś rozumiem ale poświęcanie się dzieciom przy jednoczesnym zaniedbywaniu relacji z małżoniek sprawia krzywde i dziecku i małżeństwu. W tym artykule widze tylko i wyłącznie punkt widzenia skoncentrowany na dziecku

    Polubienie

  3. Poczekamy na odpowiedź autorki, bo potrafi mówić i pisać za siebie ….

    Odnośnie celów małżeństwa, to nie ma Pani niestety racji.

    Pierwszym celem małżeństwa jest prokreacja
    Drugim pomoc wzajemna na drodze do świętości
    Trzecim środek zaradczy przeciwko pożądliwości.

    Jeśli chce Pani coś więcej poczytać, polecamy cykl Don Pietro Leone o „Teologii ciała” lub na blog dla abonentów, ponieważ na tym blogu będą tylko informacje o treściach w całości na blogu dla abonentów prezentowanych.

    Polubienie

  4. Odnoszac sie do kodeksu prawa kanonicznego celem małżeństwa jest dobro małżonków oraz zrodzenie potomstwa. Dobro kest na pierwszym miejscu. Wg mnie nie bez powodu.
    Wnioskuje że gdyby bylo odwrotnie to małżeństwa bezdzietne nie spełniały by piodstawowego celu czyli możliwe by było ich unieważnienie ze względu na brak dzieci. A tak, dzięki Bogu, nie jest.
    Nasuneła m8 się jeszcze jedna myśl. Jakby dzieci były podstawowym celem to prawdopodobnie koboety by nie miały okresu przekwitania. Przekazywanie swoich genòw ma jednach trochę biologiczny wymiar. Zdaje sobie sprawę, że trochę jest to grubymi nićmi szyte ;).
    Serdecznie pozdrawiam.
    Z Bogiem!

    Polubienie

    1. @ Eva

      Ma Pani rację, o ile chodzi o Kodeks Prawa Kanonicznego z roku 1983, gdzie rzeczywiście dotychczasowy pierwszy cel małżeństwa (potomstwo)i drugi (pomoc wzajemna) zostały zrównane. Ta tendencja zaczęła się już w Gaudium et Spes oraz w Humanae Vitae.

      Ale nasz blog służy ukazaniu, jak posoborowie lub teologia posoborowa odeszły od teologii katolickiej, gdyż dokładnie do 1983 kolejność była następująca:
      1. Dzieci (proles)
      2. Pomoc wzajemna (mutuum adiutorium)
      2. Zaradzenia pożądliwości (remedium concupiscentiae)

      Podaje to Kodeks prawa kanonicznego z 1907, wszystkie teologie moralne, pisma papieży, Katechizm dla Proboszczów po Soborze Trydenckim, Sobór Trycencki i całe nauczanie Kościoła do Vat. II.

      Należy rozróżnić cele małżeństwa od celu życia jednostki.
      Małżeństwo jest instytucją prawa naturalnego ukierunkowaną na zrodzenie i wychowanie potomstwa, gdyż domniemywa się, że ludzie w małżeństwie uprawiają seks i że są płodni.

      To że małżeństwo jest tak ukierunkowane, nie oznacza, że potomstwo jest wyłącznym celem małżeństwa, bo wbrew temu, co Pani pisze:

      a. małżeństwa bezdzietne nie są nieważniane, a są ważne
      b. na małżeństwo zezwala się ludziom starszym, którzy dzieci mieć ze sobą nie będą

      Ponieważ ludzi dlatego zawierają małżeństwo, żeby nie oszukujmy się, także ze sobą uprawiać seks, to tenże seks musi być na coś ukierunkowany: na prokreację. A czy zawsze będzie dziecko? Nie zawsze, ale poczęcia nie można wprost wykluczać poprzez środki antykoncepcyjne lub metodę naturalną.

      Małżeństwo mogą zawrzeć także osoby niepłodne, ale zdolne do aktu małżeńskiego.

      Jeżeli pierwszy i drugi cel małżeństwa zostną zrównane, co robi Jan Paweł II w swojej nieszczęsnej Teologii ciała, to

      współżycie nie musi być ukierunkowane na potomstwo, a jedynie na pomoc wzajemną, którą Wojtyła/JP II rozumie seksualnie.

      Jeszcze dosadniej:

      Jak stanowi Gaudium et Spes 48 i 49 współżyć trzeba, bo się inaczej nie da, brak wspomniania o wstrzemięźliwości małżeńskiej, ale w celu „utrzymania związku”, a nie w celu zrodzenia potomstwa.

      Z perspektywy posoborowej można całe życie stosować antykoncepcją naturalną, dzieci nie mieć, skoro drugi cel małżeństwa – pomoc wzajemna – „związek” jest na tym samym poziomie co pierwszy – dzieci.

      I dlatego „papież” Franciszek zwołał komicję do obalenia Humanae Vitae w świetle Amoris Laetitia , po polsku Radość seksu, bo amor, to miłość zmysłowa, inaczej trzeba by napisać dilectio lub caritas, bo w Amoris Laetitia chodzi już wyłącznie o seks. Ale to jest konsekwencja posoborowego przewrotu oraz zrównania pierwszego i drugiego celu, ze wskazaniem na drugi, co już expressis verbis czyli Amoris Laetitia.

      Kobiety mają menopauzę, zwierzęta nie mają, bo człowiek to nie tylko prokreacja i po menopauzie można z seksu zrezygnować, chociaż nie trzeba. W małżeństwie seks można uprawiać także po menopauzie, jedynym przeciwskazaniem pod grzechem ciężkim jest antykoncepcja.

      Jeśli Panią to pocieszy, Pani myśli konsekwentnie posoborowo, a posoborowość, jak uważamy,to nie katolicyzm. A najlepszym przykładem, do czego posoborowość prowadzi jest „papież” Franciszek, który konsekwentnie niszczy wszystko.

      Jeśli chce Pani swą wiedzę pogłębić, zapraszamy na odpłatny prywatny blog: koszt jest wysoki, bo aż 10 zł miesięcznie.

      Polubienie

      1. Z moich obserwacji i tego, co ludzie mówią, to rzadkie przypadki białych małżeństw są traktowane jak heroizm i chodzące świętości, oraz prawie jak jakieś „okazy”, niczym w zoo. Oczywiście tak myślą Ci, którym w głowach się nie mieści, że bez współżycia w małżeństwie żyć nie da się, i nie potrafią przestawić się na tor, że bez seksu miłość jest możliwa, nawet głębsza, bliskość też. Oni sądzą, że czegoś istotnego brakuje, a tymczasem jest odwrotnie, czyli o wiele lepiej i niczego nie brakuje 🙂

        Polubienie

  5. Polecam czytanie ze zrozumieniem. Bo ja napisalam ze: ” dzęki Bogu małżeństwa bezdzietne dalej są ważne” . A Panstwo w komentarzu zaznaczyli odwrotne ale widze że ten problem nie tylk9 w moim komentarzu wystapił.
    Odnosząc się do artykułu i na nim bazując musze zmatrwic autorkę bo kochając sięz współmałżonkiem w czasie ciąży i karmienia czyli w czasie gdzie do zaplodnienia dojść nie może to też jest NPR. Bo w końcu obie strony wiedzą że nie może być z tego dziecka.
    Jestem ciekawa ile ma dzieci autorka, jedno, dwojkę?
    Właśnie tutaj jest luka: skoro nadrzędnym celem małżeństwa jest posiadanie dzieci to dlaczego ważne jest zawieranie małżeństw gdzie wiadomo że ich nie bedzie?
    Odpowiedz jest prosta bo nadrzędnym celem jest dobro małżonka, jego/jej zbawienie.
    Wiele rzeczy zmieniono na soborze niepotrzebnie tak samo jak znalazły by się takie które były dobre.
    A co do soboru Trydenckiego, do ktorego się Państwo odnoszą to polecam posłuchanie egzorcyzmów Annaliese Michel, ten sobór wyrządził wiecej zła niż dobra.

    Polubienie

  6. Myślę że blog powstał w celu otwarcia oczu innym więc pobieranie pieniędzy za pokazywanie prawdy jest dla mnie sprzeczne z ewangelizowaniem. Nie zapłacę tych 10zł o którch było wspomniane. Wole to przeznaczyć na jedzenie dla biednych.
    Zaznaczam że jest to moja opinia i nie oceniam tylko tłumacze to dlaczego ja się na to nie pisze.

    Polubienie

    1. @ Eva

      W jakim celu blog powstał Pani wiedzieć nie może, bo nie Pani go zakładała.
      Rzeczywiście może lepiej przeznaczyć 10 złotych na biednych, a Panią odłączyć od możliwości komentowania, bo Pani nie chce się niczego nauczyć, skoro nie jest to warte nawet 10 złotych. Trudno.

      Z Bogiem

      Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.