Hanna: Małżeństwo po katolicku, czyli co zamiast Naturalnej Metody Planowania Rodziny?


Holy-Family-2

Po zakończeniu naszego teoretycznego wstępu na temat czystości małżeńskiej prezentujemy niniejszym wpis autorstwa naszej czytelniczki i tłumaczki Hanny, który powstał spontanicznie w nieznajomości naszym planów wydawniczych, co dowodzi tego, że Opatrzności działa nawet w małym zakresie naszego bloga.  Wpis ten ukazuje stronę praktyczną praktykowania pożycia małżeńskiego według zaleceń teologii tradycyjnej oraz odpowiada na pytanie:

„Czy praktyki te skończą się 14 potomstwa?”

Opowiedź brzmi:

„Nie, co najwyżej 6.”

Piszący te słowa wiedział, co prawda, że karmienie piersią hamuje płodność, ale wszystkich podanych poniżej mechanizmów nie znał. Uświadomił sobie jednak, jak głębowo nienaturalna jest wszelka antykoncepcja, także polegająca na współżyciu w okresie niepłodnym, a jak naturalna jest natura, o ile człowiek się do niej stosuje. Ile problemów odpada, jeśli małżeństwo żyje w niżej opisany sposób.

To żona nie może pracować?

Wygląda na to, że jak są dzieci, to nie może, bo ma inne zajęcia, stąd tradycyjny model rodziny górą. Piszący te słowa zna mnóstwo przykładów, gdzie obydwoje pracują, stosuję antykoncepcję, mają jedno do dwójki dzieci, cały czas się kłócą, dzieci są nieszczęśliwe, bo matki w domu nie ma, a jak jest, to kłóci się z ojcem, a on z nią, co kończy się po jakimś czasie rozwodem i domniamanej korzyści materialnej dwóch pensji nie ma, ani też rodziny. A mężczyzna nie ma nic, tylko płaci, płaci i płaci. Zatem ten model rodziny się ewidentnie nie sprawdza, zawodząc tak regularnie, iż ludziom wydaje się, że tak być musi i że jest to normalność, którą legalizuje Amoris Laetitia. W tymczasem Bóg na pierwszym miejscu reguluje każde miejsce następne w hierarchii człowieka. Trzeba wyjść z założenia, że jeżeli my troszczymy się o Boga, to i On troszczy się o nas. Amen.

Jeśli przyjrzymy się dokładniej Naturalnemu Planowaniu Rodziny, metody „regulacji urodzeń” promowanej obecnie przez Kościół Katolicki, musimy dojść do wniosku, że to nic innego jak tylko antykoncepcja z pieczątką Kościoła. Słusznie nie widzi żadnej różnicy pomiędzy metodami naturalnymi a sztucznymi każdy, kto zechce użyć rozumu oceniając oba zjawiska. Jak pisze Don Pietro Leone w zamieszczonym przez Redakcję artykule, intencja jest dokładnie ta sama i o intencję tu przecież chodzi. Na zarzuty sceptyków, zwolennicy NPR mają tylko jeden argument. Wykorzystywanie cyklicznej niepłodności kobiety jest naturalne, bo przecież Pan Bóg tę cykliczną niepłodność stworzył, więc można to dzięki obecnej wiedzy naukowej wykorzystać. Ponadto jeśli Pan Bóg zechce, to i w dzień niepłodny do zapłodnienia dojdzie. Sama takie argumenty od księdza słyszałam, kiedy poddałam w wątpliwość moralność metod naturalnych. Słaby to argument, bo kiedy Pan Bóg zechce to i antykoncepcja sztuczna zawiedzie, nie byłby On przecież wszechmocny, gdyby w Jego planach człowiek miał przeszkodzić. A czy małżeństwo stosujące NPR jest bardziej otwarte na życie, jak chcą to widzieć propagatorzy? Chyba nie bardzo, skoro jako koronny argument na rzecz NPR podaje się jej wyższą skuteczność w zapobieganiu ciąży niż w przypadku sztucznej antykoncepcji. Czy okresowa wstrzemięźliwość zbliża małżonków? Gdyby nie była ona nadmiernym ciężarem, pewnie by tak było. Rzeczywistość nie jest jednak tak cukierkowa jak się narzeczonym przedstawia. Z czystej biologii kobiety wynika, że dni „bezpiecznych” w każdym miesiącu jest naprawdę niewiele i przypadają one głównie na koniec cyklu, gdy libido spada do zera a napięcie przedmiesiączkowe u wielu kobiet sprawia, że zbliżenie jest ostatnią rzeczą o której myślą. Kobieta nierzadko zmusza się, bo przecież tylko wtedy można, co jest źródłem frustracji dla obojga małżonków. Współżycie upada, ograniczając się do kilku razy w miesiącu w najlepszym razie, wywołując wiele napięć i konfliktów. Po pewnym czasie pojawiają się więc pomysły stosowania antykoncepcji sztucznej w dni płodne, czy też całkowitego przejścia na sztuczne metody. Zdecydowanie wzrasta też ryzyko nieczystości w samotności albo praktyk we dwoje niezgodnych z naturą. Byleby tylko dziecka z tego nie było.

Czy naprawdę Pan Bóg zaplanował coś nie tak? Dlaczego pożycie małżeńskie Katolików jest pełne napięć i frustracji? Dlaczego to nie działa?

Nie ma prawa działać dlatego, że nie jest to zgodne z naturą i Bożym zamysłem.

Aby odkryć jak Pan Bóg poukładał sprawy pomiędzy małżonkami, musimy cofnąć się do czasów sprzed emancypacji kobiet albo podpatrzeć jak żyją plemiona nieskażone cywilizacją, pozbawione „dobrodziejstw” antykoncepcji. Od zawsze podstawowym celem małżeństwa było zrodzenie i wychowanie potomstwa. Podstawową rolą żony jest więc urodzenie i wychowanie dzieci, co jeszcze sto lat temu nie wywoływało buntu większości kobiet. Tak po prostu było i jeszcze do nie dawna na wsiach, jeśli po ślubie nie było długo dziecka, cała wieś brała bezdzietne małżeństwo na języki i dopytywała o przyczynę. Nie twierdzę, że niegdyś nie próbowano poczęcia dzieci unikać. Metody antykoncepcji są stare jak świat, jedynie ich skuteczność wzrastała. Kobiety zajmowały się jednak głównie prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci. Nie myślały o studiach i karierze w korporacji. I tu dochodzimy do sedna sprawy.

Jak wychowywano wówczas małe dzieci? Zgodnie z naturalnym instynktem, poświęcając potrzebny im czas. Długie karmienie piersią i spanie z dzieckiem w jednym łóżku to była norma. Dzisiaj to fanaberia wywołująca uśmiech politowania albo nawet i szczere współczucie z powodu uwiązania matki przez dziecko. Kiedy urodziła się moja córka, miałam w głowie zakodowane, że dziecko powinno spać w swoim łóżeczku. To z resztą jeden z pierwszych nabytków przyszłych rodziców podczas przygotowań do narodzin dziecka. Całkowicie zbędny! (no, przydać się może tylko jako kojec do bezpiecznego zostawienia dziecka na chwilę w ciągu dnia) Moja córka miała na szczęście inny pogląd na sprawę i przez trzy miesiące nie dała się przekonać do spania w łóżeczku. Poddaliśmy się w końcu i to była jedna z najlepszych decyzji dotyczących wychowania dziecka. Córka powędrowała do mamy do łóżka i w końcu obie mogłyśmy się wyspać. Karmiłam piersią długo, bo przeszło dwa i pół roku. Dzięki temu zupełnie niespodziewanie dla mnie odkryłam, że długie karmienie piersią chroni przed zajściem w ciążę, a raczej powiedziałabym, zdecydowanie opóźnia pojawienie się kolejnego dziecka. Już widzę te uśmieszki, zwłaszcza osób związanych z medycyną, bo karmienie piersią zostało dawno zdewaluowane jako metoda zapobiegania ciąży. Tak, i słusznie, bo nią nie jest. A dlaczego? Ponieważ owulacja może nastąpić PRZED pierwszą poporodową miesiączką. Nie zawsze można ją więc przewidzieć i zauważyć. Można ją jednak znacząco opóźnić poprzez karmienie piersią ale (uwaga!) tylko jeżeli jednocześnie dziecko będzie spało z mamą. Najważniejsze jest tu częste karmienie w nocy (a spanie z dzieckiem temu sprzyja), ponieważ to właśnie nocne karmienie najbardziej pobudza wydzielanie prolaktyny, od której zależy ilość wydzielanego mleka oraz blokowanie owulacji.[1] Spanie z dzieckiem jest więc także najlepszą naturalną metodą na powszechne dzisiaj problemy z niedoborem pokarmu. Kiedy miesiączka długo nie pojawiała się, zaczęłam czytać na ten temat i dotarłam do pewnych informacji głównie na stronach amerykańskich. Znalazłam potwierdzenie, że długie karmienie piersią pod warunkiem spania z dzieckiem i nocnego karmienia powoduje, że okres niepłodności może trwać nawet 2-3 lata, czasami przez cały czas karmienia. U mnie trwał dwa lata. Moja ginekolog była zdumiona ale potwierdziła, że w tym czasie płodności nie było.[2] NPR przegrywa więc na samym starcie. Seks kilka razy w miesiącu przeciwko co najmniej 6 miesiącom a nawet kilku latom bez żadnych ograniczeń typu miesiączka i owulacja? Podczas prawidłowej ciąży także nie ma ograniczeń. Poza ogólnymi zasadami (nie częściej niż 2-3 razy w tygodniu) dla żyjących po bożemu, w zgodzie z naturą, Pan Bóg jest zatem bardzo hojny. Nic więc dziwnego, że do wynalezienia „katolickiej” antykoncepcji Kościół nie musiał zajmować się sprawami miednicy. Po prostu nie było czym.

Szukając informacji na temat związku karmienia piersią z niepłodnością laktacyjną, znaleźć można głównie stwierdzenia, że niepłodność występuje tylko przez 6 miesięcy. Nie jest to jednak do końca prawdą. Na pewnym blogu prowadzonym przez panią ginekolog znalazłam ciekawe informacje, które są co do zasady zgodne z moimi obserwacjami oraz doświadczeniami innych matek, o których kiedyś czytałam:

„U kobiet, które z rożnych powodów nie karmią, owulacja występuje w przeciągu 6 tygodni od porodu, a miesiączka – do 8 tygodni od porodu. Dlaczego o tym piszę skoro post jest o kobietach karmiących? Tylko dlatego, że podobna jest sytuacja, jeżeli przez cały okres karmienia (jak długi by nie był) nie miałyście miesiączki (a może tak być i jest tak u ok.30% kobiet), to miesiączka powinna się pojawić do 2 miesięcy od odstawienia dziecka.

Pojawienie się miesiączki u kobiety niekarmiącej można uznać za objaw powrotu płodności. Natomiast u kobiet karmiących nie jest to takie oczywiste. Mogą mieć miejsce trzy różne warianty z podobną częstością:

  1. Może być prawidłowy cykl z owulacją już w cyklu poprzedzającym pierwszą miesiączkę;

  2. Może być cykl z miesiączką, ale bez owulacji – zazwyczaj po 2-3 cyklach bezowulacyjnych, cykle stają się owulacyjne;

  3. Może być i owulacja, i miesiączka, ale faza lutealna nie będzie jeszcze gotowa na przyjęcie ciąży i jej utrzymanie.

W pierwszym przypadku wraca płodność zanim się zorientujemy. W drugim i trzecim – kobieta myśli, że wróciła płodność a wcale tak nie jest.

Co gorsze – nie wiemy u której kobiety, która sytuacja ma miejsce.

Zasadniczo – w pierwszych 6 miesiącach przy wyłącznym (!) karmieniu piersią, szanse na ciążę są rzędu 2%. W drugim półroczu szanse na ciążę są „tylko” ok. 15%.

Po roku karmienia szanse na ciążę nie odstawiając dziecka są rzędu ok 30-40%. Sporo, ale to wciąż mniej niż połowa kobiet. Czy to znaczy, że kobieta musi odstawić dziecko, żeby zajść w drugą ciążę? Zdecydowanie nie uważam, żeby tędy była droga, ponieważ – uwaga, uwaga – jeżeli nie wróciła wam płodność to znaczy, że wasze ciało zdecydowało, że nie jest gotowe aby wykarmić dwoje dzieci – jedno piersią a drugie macicą. Nie bądźmy mądrzejsi od natury. Ona najlepiej wie, kiedy nasze ciało będzie gotowe stworzyć nowe życie. U jednych kobiet będzie to po pół roku, u innych dopiero po zakończeniu karmienia.”[3]

Jak więc widać, karmienie piersią nie jest metodą antykoncepcji (należy jednak zauważyć, że pani doktor nie pisze o dodatkowych warunkach, jak spanie z dzieckiem, które to znacznie opóźniają powrót płodności). W ciążę można zajść po pół roku ale i równie dobrze dopiero po 2-3 latach od urodzenia dziecka. Co więcej, różnie ten okres kształtować się może pomiędzy kolejnymi ciążami. Chciałabym jedynie podkreślić, że życie po katolicku nie musi oznaczać dziecka co roku, a Pan Bóg będzie najlepiej wiedział kiedy kolejnym dzieckiem małżonków obdarzyć.

Pojawianie się wiec dzieci w małżeństwie co 3-4 lata jest więc całkowicie naturalne (w przypadku dużej płodności oczywiście może być to częściej) i tak dzieje się i dzisiaj w krajach afrykańskich choćby. Ile więc dzieci może „dorobić” się małżeństwo chcące żyć prawdziwie po katolicku? Zakładając 25 lat płodności kobiety w czasie trwania małżeństwa (od np. 20-tego do 45-tego roku życia), wychodzi nie więcej niż ośmioro-dziewięcioro dzieci. Trudno mi było znaleźć jakieś dane statystyczne na temat dzietności kobiet w Afryce, ale znalazłam wypowiedź pewnej położnej pracującej w Tanzanii, według której kobieta rodzi tam średnio ośmioro dzieci. Z wiekiem płodność spada i wydłuża się okres „starania” o kolejne dziecko, ponadto w Afryce jest zdecydowanie większa śmiertelność niemowląt, więc z braku karmienia piersią płodność wraca szybciej. Również płodność w krajach uprzemysłowionych z powodu zanieczyszczenia środowiska oraz mniej naturalnych warunków życia także może być niższa niż w Afryce. Biorąc to pod uwagę najbliżej prawdy będzie moim zdaniem, jeśli oszacujemy średnią potencjalną liczbę dzieci na 6 w czasie życia przeciętnej polskiej Katoliczki.[4] Daleko tu do mnożenia się jak króliki. I to bez żadnej „katolickiej” antykoncepcji i związanych z nią problemów.

Nie jest to żadne sztuczne sterowanie płodnością. To jedynie emancypacja kobiet sprawiła, że karmienie piersią stało się luksusem w dzisiejszych czasach. Dotąd karmiono dzieci tylko naturalnie i długo. Dbano zwłaszcza o długie karmienie chłopców, którzy ten przywilej mieli aż do ukończenia czwartego roku życia (dane historyczne z Polski XVII-XVIII wiecznej, o ile dobrze pamiętam). Spanie z dzieckiem także było oczywistą i powszechną praktyką. Podobnie jak brak takich urządzeń jak smoczki, które obecnie są powodem wielu problemów z karmieniem piersią a później z rozwojem mowy u dziecka.

Nie jest to poradnik dla małżeństw, a blog teologiczny, dlatego starałam się jedynie zasygnalizować temat, o którym się nie mówi lub który zbywa się uśmiechem. Zdaję sobie też sprawę z tego, że dzisiaj, kiedy kobiety pracują zawodowo (bo często muszą z przyczyn ekonomicznych), trudno jest spełnić powyższe warunki. Jedynie tradycyjny model rodziny (żona w domu z dziećmi, mąż pracuje, idealnie byłoby, gdyby i babcia do pomocy się znalazła) sprzyja życiu tak, jak Pan Bóg dla nas zaplanował. W innych przypadkach nie jest to oczywiście niemożliwe, ale jest niezmiernie trudne. Jednakże tylko w ten sposób małżeństwo rzeczywiście może być otwarte na przyjęcie dzieci, które pojawią się raz wcześniej raz później, każde w swoim czasie.

Pozostaje wspomnieć tu także o czystości małżeńskiej, której wartość jest obecnie niedoceniana. Czytelnik niniejszego bloga z tym pojęciem już się spotkał, nie będę go więc rozwijać. Pragnę jedynie zauważyć, że czym innym jest czystość zachowywana ze względu na Boga, w celu dążenia do świętości a czym innym okresowa „czystość” skierowana wyłącznie na efekt antykoncepcyjny, czyli wbrew Bogu w rzeczywistości. Stąd pierwsza do świętości prowadzi, druga wprost przeciwnie. Nie jest więc tak, że małżonkowie muszą w pełni ze swobody korzystać. Cnota, aby miała wartość w oczach Boga i dawała dobre owoce musi być rozwijana dobrowolnie. Jeśli więc małżonkowie całkowicie dobrowolnie i świadomie zechcą wstrzemięźliwość rozwijać, mogą to oczywiście dla dobra swojej duszy czynić. NPR niestety takiej wolności wyboru nie daje.

[1] http://www.lalecheleague.org/nb/nbjanfeb01p23.html

[2] Więcej na temat niepłodności laktacyjnej jako metody regulacji poczęć określanej jako lactational amenorrhea method (LAM) można przeczytać choćby w Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Metoda_LAM

Stosowanie LAM zapewnia niepłodność na 6 miesięcy po porodzie, natomiast nieco bardziej restrykcyjna metoda, zwana ekologicznym karmieniem (o którym i Wikipedia wspomina) zapewnia niepłodność w znacznie dłuższym czasie. Więcej o ekologicznym karmieniu przeczytać można tutaj: http://www.llli.org/nb/nbsepoct08p4.html Proszę nie przerażać się zaleceniami, ponieważ takie postępowanie jest całkowicie naturalne i instynktowne. Karmiąc dziecko nie szukałam metody opóźnienia owulacji, ufając wyłącznie instynktowi swojemu i dziecka. Karmienie na każde żądanie, spanie z dzieckiem, nieużywanie smoczka było dla mnie całkowicie naturalne i nie stanowiło najmniejszego problemu, nie było wcale podyktowane stosowaniem jakiejkolwiek metody regulacji poczęć. Mimo wszystko nie należałam do matek terroryzujących otoczenie swoim biustem. Dziecko miało tyle bliskości w domu, że nigdy nie dopominało się karmienia w miejscu publicznym ani ja takich pomysłów nigdy nie miałam. Naprawdę na pół roku wyłącznego karmienia piersią można zrezygnować z wychodzenia w miejsca publiczne na dłużej niż przerwa pomiędzy karmieniami.

 [3] https://mamaginekolog.pl/karmienie-piersia-a-kolejne-ciaze/

[4] [Red.] O tym, że sześcioro dzieci to osiągalna średnia świadczą choćby statystyki Banku Światowego z roku 1960, zatem przed globalnym wprowadzaniem antykoncepcji: http://data.worldbank.org/indicator/SP.DYN.TFRT.IN Obecnie średnia dzietność w Afryce oscyluje około 4,7 dziecka na kobietę, przy czym różnice lokalne są bardzo znaczne: https://www.cia.gov/library/publications/the-world-factbook/fields/2127.html https://en.wikipedia.org/wiki/Total_fertility_rate Wydaje się, że pod koniec XIX wieku, a w sumie do II Wojny Światowej ludzie mieli średnio od 4 do 6 dzieci.

Reklamy

Ann Barnhardt, Diaboliczny Narcyzm: Gdy książęta zdradzają swego Króla


judith-and-holofernes

 

 Biblijne źródła kolegialności: „Wtedy wszyscy uczniowie opuścili Go i uciekli” [Mt. 26, 56]

Pytanie, które zawsze sobie zadawałam, brzmi:

„Kim są ci ludzie, którzy poświęcają swoje życie Kościołowi, którym to jawnie pogardzają w najlepszym razie, a którego nienawidzą w najgorszym? Co popycha mężczyznę czy kobietę do życia napędzanego przez i obracającego się wokół takiej czystej, skoncentrowanej złośliwości?”

Kim oni są? Są Diabolicznymi Narcyzami.

Dla przypomnienia, Diaboliczny Narcyzm jest stanem, w którym człowiek dobrowolnie wybiera przyjęcie psycho – duchowego sposobu bycia i emocjonalną wrażliwość upadłych aniołów. Po prostu, Diaboliczny Narcyz decyduje, podobnie jak upadłe anioły, dobrowolnie pozbawić się całej miłości. W rezultacie, jest on dobrowolnie niezdolny do odczuwania empatii, a także uczuć pochodzących od miłości, czyli szczęścia, wdzięczności, radości i smutku.

Czytaj dalej!

Hilary White, Franciszek jest papieżem dotąd aż papież nie powie, że nim nie jest


Niniejszym publikujemy artykuł Hilary White z The Remnant w znakomitym tłumaczeniu naszej tłumaczki i czytelniczki Hanny, której nie możemy nachwalić, pochodzący z 23 czerwca 2016 i będący odpowiedzią na artykuł Ann Barnhardt Vocem alienorum ogłaszający Franciszka antypapieżem. Można zapytać, czy to nie za późno? Nie, ponieważ tekst White zawiera bardzo wiele ponadczasowych odniesień, a kwestia papiestwa lub antypapiestwa Bergoglio pozostaje nierozwiązana. Duchowieństwo się do tych rozstrzygnięć nie kwapi, więc muszą świeccy blogerzy. Oczywiście jest tak, że naszej codzienności to w niczym nie zmienia, z urzędu go nie zniesiemy, więc czym się przejmować. Ale wydaje nam się, że Ann Barnhardt myśli bardziej matematycznie-logicznie aniżeli Hilary White i dopiero gdy rozwiąże problem na płaszczyśnie teoretycznej i rozwiąże go w sposób satystakcjonujący ma spokój. Czytaj dalej!

Hilary White, Koniec wiosny, moje panie: plany Franciszka wobec „nowych konserwatywnych” zakonów (3 z 3)


the-vale-of-rest

Wyłącznik bezpieczeństwa: Zbyt dużo starych? Zbyt dużo Tradsów? Już po was.

Art. 8 § 1. Autonomii prawnej powinna towarzyszyć prawdziwa autonomia życia. To wymaga, aby pewna liczba, choćby minimalna, sióstr, pod warunkiem, że większość nie jest w podeszłym wieku, posiadała żywotność potrzebną aby praktykować i rozszerzać charyzmat; wymaga prawdziwej zdolności zapewnienia formacji i kierownictwa; godności i jakości liturgicznego, braterskiego i duchowego życia; podkreślenia wartości i uczestnictwa w życiu lokalnego Kościoła, samowystarczalności i należycie wyposażonego budynku zakonu. Kryteria te powinny być rozważone kompleksowo i z ogólnej perspektywy.

Czytaj dalej!

Hilary White, Koniec wiosny, moje panie: plany Franciszka wobec „nowych konserwatywnych” zakonów (2 z 3)


the-vale-of-rest

Federacje: Autonomia? Jaka autonomia?

  1. „Nikt nie współtworzy przyszłości w izolacji, jedynie swoim własnym wysiłkiem, ale widząc się jako część prawdziwej jedności, która jest nieustannie otwarta na spotkanie, dialog, uważne słuchanie i wzajemną pomoc. Z tego powodu należy unikać „choroby samo zatopienia się” i zachować wartość łączności pomiędzy różnymi zakonami jako ścieżkę otwarcia na przyszłość oraz środek unowocześniania i dawania wyrazu nieprzemijającej i skodyfikowanej wartości autonomii. Czytaj dalej!

Hilary White, Koniec wiosny, moje panie: plany Franciszka wobec „nowych konserwatywnych” zakonów (1 z 3)


 

the-vale-of-rest

Niniejszym prezentujemy artykuł Hilary White na temat dokumentu Franciszka Vultum Domini querere, który niestety ma na celu całkowitą eliminację żeńskich zakonów kontemplacyjnych. Artykuł prezentujemy w tłumaczeniu naszej czytelniczki hanny, której należy się naprawdę wyjątkowa pochwała, bo robi to tak dobrze, że oszczędza redakcji wiele cennego czasu życia, którego nie musimy poświęcać korekcie. Więc jeszcze raz Bóg zapłać! Hilary White zdążyli nasi czytelnicy już poznać jako autorkę, której powołania zakonne, jako że nosi w sobie swoje niezrealizowane własne, leżą bardzo na sercu. White potrafi czytać pomiędzy wierszami, co winniśmy czynić wszyscy odnośnie posoborowych dokumentów, nie tylko względem Amoris Laetitia i dlatego wychwytuje zapowiedź nadchodzącej zagłady, która z pewnością na zakony kontemplacyjne spadnie, jeżeli ten dokument zostanie rzeczywiście zrealizowany. Czytaj dalej!