Sedewakantyzm – Czym jest Tradycja? (5) Kryteria Tradycji


CHURCH FATHERS PHOTO

Zbliżamy się pomału do kwestii istotnych, więc poświęcimy im nieco więcej miejsca i czasu. Jako pierwsze kryterium Tradycji wymieniana jest:

Zgodność całego Kościoła

Kryterium Tradycji jest zgodność całego Kościoła w trzymaniu się przekazanej wiary (DH 1637, 4209, 4213) za pośrednictwem nadprzyrodzonego zmysłu wiary (DH 4130).

Czytaj dalej!

Reklamy

Tradycja i tradycja w ujęciu teologii katolickiej. Tradycja równorzędnym źródłem Objawienia (część 5)


tumblr_m4h5upX3IR1qfg4oyo1_1280

(5)          Tradycja Boska (Traditio divina) źródłem wiary

Zgodnie z nauczaniem Kościoła Tradycja Boska (Traditio divina) jest niezależnym od Pisma Świętego źródłem wiary oraz źródłem Pismu Świętemu we wszystkim równym (Traditio divina est fidei fons independens a S. Scriputra eique omnino aequivalens). Jest to twierdzenie de fide czyli charakteryzujące się najwyższą obowiązywalnością dla katolików i dlatego łączy się z koniecznością posłuszeństwa wiary. Mówiąc krótko i inaczej, jeżeli ktoś temu zaprzecza jest heretykiem.

Twierdzenie, że Tradycja jest równorzędnym i niezależnym od Pisma Świętego źródłem wiary jest tym, co zasadniczo różni katolików od protestantów. Główna różnica polega na tym, że dla katolików Objawienie to więcej niż Pismo Święte, gdyż Objawienie to Pismo Święte i Tradycja, dla prostestantów natomiast Objawienie to wyłącznie Pismo Święte (sola Scriptura).

Dowiedzenie powyższej tezy nastąpi ex auctoritate czyli na podstawie orzeczeń Magisterium, źródeł Objawienia oraz opinii teologów.

1. Dowiedzenie powyższej tezy na podstawie Magisterium Kościoła (ex Magisterio Ecclesiae)

Głównym założeniem protestantyzmu oraz jego „zasadą formalną” jest twierdzenie, iż jedynie Pismo Święte (sola Scriptura) jest źródłem wiary. Ich zdaniem ustnemu nauczaniu Apostołów nie przysługuje ranga drugiego i równorzędnego źródła wiary. Naukę tę zaczął głosić dopiero Luter i nie był to żaden powrót do „Kościoła pierwotnego”, gdyż nigdy przedtem (i potem także nie) zasada sola Scriptura była w Kościele uznawana. Dlatego też Sobór Trydencki potępił tę herezję stanowiąc w IV Sesji w Dekrecie I:

„Sobór zdaje sobie dokładnie sprawę z tego, że ta prawda [Ewangelii] i zasady postępowania znajdują się w księgach spisanych i tradycjach niepisanych, które Apostoławie otrzymali z ust samego Chrystusa lub sami pod natchnieniem Ducha Świętego przyjęli i tak je przekazali niejako z rąk do rąk aż do naszych czasów.” (Denz. 783, por. DH 1501, BF III.10)

Dlatego też Sobór z jednakową czcią traktuje Pismo Święte i Tradycję, o czym świadczy kolejna jego wypowiedź:

„Sobór idąc za przykładem prawowiernych Ojców przyjmuje i czci z jednakową nabożnością i szacunkiem wszystkie księgi tak Starego, jak i Nowego Testamentu, skoro autorem obydwu jest jeden Bóg, oraz Tradycje dotyczące wiary i moralności podane ustnie przez Chrystusa lub natchnione przez Ducha Świętego i zachowane w Kościele katolickim dzięki nieprzerwanej sukcesji”. (Denz. 783, por. DH 1501, BF III.11)

Zatem, jak już wspomniano, także Tradycja jest Słowem Bożym, gdyż zawiera ona prawdę objawioną w tej samej nienaruszoności i czystości jak Pismo Święte i ją nam przekazuje (por. Vat. I Sessio 4, cap.2; Denz. 1787; DH 3006; BF III. 16-17).

Nauka o równorzędności Tradycji względem Pisma Świętego, którą w całej rozciągłości potwierdza i pogłębia Konstytucja dogmatyczna o Objawieniu Bożym Dei Verbum (rozdział II, 7- 10) Soboru Watykańskiego II,  jest nauką katolicką, która u wszystkich wychowanych na oazach, kręgach bibilijnych, w neokatechumenacie, w ruchu charyzmatycznym i innych wywoła z pewnością duże zgorszenie i oburzenie, przez co widać, jak bardzo te ruchy od katolicyzmu odeszły. W ruchach tych bowiem Pismo Święte, oczywiście w interpretacji własnej bądź animatora lub lidera wspólnoty, staje się jedyną wykładnią życia wiary, by nie powiedzieć podręcznikiem wszystkiego oraz poradnikiem na wszystko.

for_dummies-1

Pismo Święte traktuje się zatem jak jakiś mocno subiektywny podręcznik typu Catholicism for dummies[14] nazwiązując do popularnej serii wydawniczej noszącej w Polsce nazwę [Xyz] dla bystrzaków.[15] Warto w tym kontekście wiedzieć, że angielskie dummy nie jest określeniem aż tak obraźliwym jak polski głupi, ale dosyć pieszczotliwym ujęciem typu głuptasku lub jeszcze łagodniej. Zachowując to porównanie powiedzieć trzeba, że Pismo Święte żadnym podręcznikiem nie jest, gdyż zrozumienie go zakłada mnóstwo wiedzy teologicznej przekazanej właśnie przez Tradycję. Jeżeli chciałoby się koniecznie szukać odpowiednika Katolicyzmu dla bystrzaków to jest nim katechizm i to raczej przedsoborowy, który jest właśnie podręcznikowym ujęciem prawd wiary.

Dlatego też Kościół, przed ostatnim Soborem bardzo powściągliwie zalecał wiernym prywatną lekturę Pisma Świętego i to nie dlatego, by, jak twierdzą przeciwnicy Kościoła, utrzymywać lud w ciemnocie, odwodzić od prostoty Ewangelii czy uniemożliwiać im dojrzałą wiarę, lecz po to, by właśnie nie narażać ich na błędy wynikające z braku kompetencji ogólno-teologicznych, a zwłaszcza biblijnych. Każdy bowiem, kto kiedykolwiek uczestniczył we wspólnej dyskusji nad Pismem Świętym wie, że na pewnym etapie trzeba kogoś zapytać, jak dany fragment rozumieć i dlaczego go tak a nie inaczej interpretować. Gdzie się bowiem wyrzuca teologię drzwiami, tam wchodzi ona oknem. Gdyby bowiem Pismo Święte tłumaczyło się samo przez się, to nie byłoby odstępstw, herezji ani w sumie grzechu, bo każdy by wszystko wiedział i miejmy nadzieję według tego postępował.

Problematyka tłumaczenia Pisma Świętego na języki narodowe

Co ciekawe pierwsza wypowiedź Magisterium na temat prywatnych kregów biblijnych miała miejsce nie w czasach Reformacji, ale już w roku 1199, kiedy to mieszkańcy Metz samodzielnie przetłumaczyli Pismo Święte na francuski, sami się na prywatnych spotkaniach pouczali oraz gardzili prostotą i niewiedzą swoich księży, gdyż oni, a nie księża, wiedzieli oczywiście lepiej (Denz. 770, DH 770). W tym kontekście Magisterium formuuje myśl, iż pragnienie zrozumienia Pism Boskich jest co prawda czymś chwalebnym, ale nie może się ono odbywać w oderwaniu o urzędu przepowiadania Kościoła. Ze względu na możliwość błądzenia lektura Pisma Świętego nie jest też dla wszystkich korzystna (Denz./DH 1853, 2712, 2771). I tak czwarta reguła tzw. Reguły Trydenckiej dotyczącej indeksu ksiąg zakazanych stanowi:

„4. Ponieważ z doświadczenia wynika, że wszędzie tam, gdzie dozwolono na wydanie Pisma Świętego w języku narodowym bez jakiegokolwiek rozróżnienia [tj. zezwalając na wszelkie możliwe tłumaczenie i wydania], tam wynikło z tego, na skutek lekkomyślności ludzi, więcej szkód niż pożytku. Dlatego osądowi biskupa lub inkwizytora pozostawia się, by na zalecenie proboszcza lub spowiednika, zezwolili oni na czytanie Pisma Świętego w języku narodowym przełumaczonego przez katolickich autorów tym [wiernym], co do których są przekonani, że z lektury tej nie wyniknie dla nich żadna szkoda, lecz wzrost wiary i pobożności …” (Denz./DH 1854)

Komentując powyższy przepis, uchylony niestety po ostatnim Soborze, wiedzieć trzeba, iż niejednokrotnie 100% poprawne i wierne przetłumaczenie czegoś nie jest możliwe, gdyż na skutek idiomatyki języków oraz różnych zakresów pojęciowych terminów oddanie bardziej skomplikowanych myśli w stosunku 1:1 jest często niewykonalne. I dlatego pewne fragmenty pozostawia się w oryginale obok tłumaczenia, a pewnych dzieł filozoficznych, teologicznych czy literackich do dzisiaj nie tłumaczy się wcale, gdyż każdy przekład byłby okrojeniem zmieniającym nie tylko formę, ale i treść i jej sens. Rację mają Włosi mówiąc traduttore traditore czyli „tłumacz jest zdrajcą”. Dlatego też aż do Soboru Watykańskiego II Kościół obstawał przy czytaniu Pisma Świętego po łacinie w wersji Wulgaty po to, by do tłumaczenia nie wdarły się żadne nieścisłości lub przekłamania. Każde tłumaczenie jest także dziełem autorskim tłumacza i przez jego edukację i wrażliwość językową jest niejako przepuszczane. Widać to bardzo dobrze po tłumaczeniu Lutra, które niektóre fragmenty Nowego Testamentu po prostu zmienił dostosowując je do własnej doktryny. Dlatego tłumaczenia 100 % poprawnego filologicznie ekumenicznego tłumaczenia Biblii nigdy nie będzie, gdyż niektóre fragmenty Nowego Testamentu, a zwłaszcza te dotyczące usprawiedliwienia i łaski, bez odwołanie się do nadrzędnej doktryny zawsze będą sporne. Bywa bowiem tak, że filologicznie poprawne są wersje (a), (b) i (c), a o tym, którą wybrać decyduje teologia. I dlatego tzw. tłumaczenia ekumeniczne, zalecane przez Dei Verbum VI.22, w sumie nic nie dały, gdyż z tłumaczeń tych korzystają co najwyżej katolicy, a protestanci pozostają przy swoich tłumaczeniach oddających ich doktrynę. I tak katolicy opuściwszy tekst Wulgaty, stopniowo porzucili swoją teologiczną odrębność i nieraz doktrynę, a protestantom nadal źle i mało. Przypominamy raz jeszcze, że czytając czyjś przekład spotykamy się nie z oryginałem, ale właśnie z czyimś przekładem, a o oryginale możemy snuć tylko przypuszczenia. Osoby nieznające łaciny, starogreckiego czy hebrajskiego, które będą zdane na czyjeś tłumaczenia porównując między nimi nieraz stwierdzą, że czasami wszystkie są inne. I zawsze będą, ponieważ każde tłumaczenie jest zawsze interpretacją. Dlatego lepiej się nie lenić tylko świętych języków nauczyć, co jest formalnym wymogiem na studiach teologicznych, pozostającym zbyt często na papierze.

Samodzielna lektura Pisma Świętego nie zawsze korzystna

W świetle 4 Reguły Trydenckiej wierny zainteresowany czytaniem Pisma Świętego w swoim języku narodowym musiał skonsultować to ze swoim spowiednikiem lub proboszczem, ten kwestię tę opiniował i biskupowi lub inkwizytorowi do zatwierdzenia przedstawiał. Zważając na różne poglądy teologiczne pojawiające się dzisiaj w różnych grupach, ruchach lub np. w komentarzach czytelników na naszym forum praktyka ta była jak najbardziej słuszna, bo niestety samowolna lektura Pisma Świętego większości osób szkodziła i szkodzi. To samo twierdził Urząd Nauczycielski Kościoła, jak np. Pius VII pisząc do biskupa Mogilewa Magno et acerbo (1816), iż

„[…] jednoznacznie zostały odrzucone poglądy, jakoby w każdym czasie, na każdym miejscu i dla każdego rodzaju osób byłoby rzeczą pożyteczną poznawać tajemnice Pisma Świętego, gdyż ich lektura, jak twierdzono, jest dla wszystkich oraz że byłoby jakoby rzeczą szkodliwą odwodzenie ludu chrześcijańskiego od tej lektury […].” (Denz./DH 2712)

Ujmując powyższą wypowiedź pozytywnie: lektura Pisma Świetego nie jest dla każdego, wszędzie i zawsze pożyteczna, gdyż prowadzić może do powstawania herezji, skoro się raz po raz komuś coś z Pismem Świętym w jego interpretacji nie zgadza.

220px-Clement_XIA ponieważ lektury Pisma Świętego nie jest zawsze zalecana, dlatego nie jest ona dla wszystkich konieczna (Denz./DH 2479-2485, 2667). W załączeniu przedstawiamy potępione bullą papieża Klemensa XI (na obrazku) Unigenitus Dei Filius (1713) twierdzenia Pasquiera Quesnela, jednego z twórców jansenizmu. Lektura ta (Denz./DH 2479-2485, poniżej podawać będziemy tylko numery końcowe czyli 79. zamiast 2479). Potępione tezy Quesnela będą wyświetlane na czerwo oraz poprzedzone będą zdaniem [Nieprawdą jest, że], żeby żadnych wątpliwości nie było. Lektura tych tez  jest dosyć szokująca, gdyż uzmysławia nam, jak bardzo współczesna teologia i praktyka pastoralna odeszła od dotychczasowego nauczania Kościoła zalecając rzeczy uprzednio expressis verbis potępione.

[Nieprawdą jest, że]

„79. Rzeczą pożyteczną i konieczną jest w każdym czasie, w każdym miejscu i dla każdego rodzaju osób studiowanie i poznawanie ducha, pobożność i tajemnice Pisma Świętego.”

A ponieważ tak nie jest, przeto żadna matka pięciorga dzieci gotująca obiad ani żaden chirurg podczas operacji nie muszą czuć wyrzutów sumienia, że akurat nie studiują Pismą Świętego lub robią to zbyt rzadko.

[Nieprawdą jest, że]

„80. Lektura Pisma Świętego jest dla wszystkich”.

Okazuje się, że jednak nie dla wszystkich.

[Nieprawdą jest, że]

„81. Święta ciemność Słowa Bożego nie jest dla świeckich [tj. laików] powodem do dyspensowania samych siebie od ich lektury”.

„Święta ciemność” (obscuritas sancta) jest jednym z ulubionych terminów jansenistów oraz wszystkich domorosłych pseudomistyków i przypomina nieco sławną „pomroczność jasną”. Oczywiście, że Pismo Święte bywa miejscami niezrozumiałe i to nie tylko na początku drogi wiary, lecz na każdym jej etapie. Stąd konieczność studiów teologicznych, które od Orygenesa począwszy były w sumie komentarzami do Pisma Świętego, bo wielu chrześcijan przed nami pytało się: „Jak należy to zrozumieć?” Niektóre fragmenty są tak zagadkowe i tajemnicze, że przeglądając nawet wypowiedzi wszystkich Ojców Kościoła lub teologów na ten temat nie znajdujemy spójnej wykładni. I dlatego zalecanie świeckim w rozumieniu laików czyli ludzi niewykształcownych teologicznie prowadzenie samodzielnych studiów biblijnych jest narażaniem ich na błędy, skrupuły, konflikty sumienia etc.

[Nieprawdą jest, że]

„82. Niedziela musi być przez chrześcijan uświęcona lekturami pobożnymi, a przede wszystkim lekturą Pism Świętych. Jest rzeczą szkodliwą chcieć chrześcijanina od tej lektury odwodzić”.

Otóż niedziela może być tak uświęcona, ale nie musi. Niedzielna lektury Biblii jest zwyczajem protestanckim, gdyż w protestantyzmie nie ma obowiązku niedzielnego. Niektórzy zostawali w domu i czytali Biblię. Katolicy mają Mszę Świętą i obowiązek niedzielny, zatem obowiązku innych praktyk niedzielnych nie ma. Można, ale nie trzeba.

[Nieprawdą jest, że]

„83. Iluzją jest tłumaczyć sobie, iż znajomość tajemnic religii nie winna być podawana do wiadomości kobietom za pomocą lektury ksiąg świętych: Nie z powodu prostoty kobiet, lecz z pysznej mężczyzn nauki powstało nadużycie Pism i narodziły się herezje”.

No cóż, drogie Panie, niechętnie to przeczytacie, ale chociaż rozum macie czasami większy od męskiego, to jednak niekiedy wasze emocje tak dalece wam go zaciemniają, że nic racjonalnego do was nie dociera, aż się emocje ułożą, co niekiedy trwa miesiącami lub latami. Niestety kobiety dużo częściej aniżeli mężczyźni traktują absolutnie wszystko w kategoriach personalnych. Zatem skrytykowane za jakiś obiektywny błąd np. obliczeniowy na płaszczyźnie emocjonalnej odbierają to jako atak personalny i myślą: „On lub ona mnie nie lubi. Jest wredny/wredna etc. Przy następnej okazji się odgryzę”. I odgryzają się. Ponieważ piszący te słowa naprawdę dużo czasu spędził w towarzystwach mieszanych na konferencjach lub sympozjach naukowych różnego typu, dlatego z całą odpowiedzialnością za słowo stwierdzić może, że dyskusje mężczyzn pomiędzy sobą bywają czasami bardzo zacięte, ale pozostają mimo wszystko rzeczowe nie schodząc „poniżej pasa”, gdyż większość mężczyzn traktuje potyczki intelektualne jako rodzaj sportu, np. boksu, kiedy to cieszą się, że mieli się z kim pobić i nie żywią do siebie, nawet po nokautach i złamanych nosach, urazy, bo to taki sport. Natomiast dyskusji z kobietami w sumie nie ma, gdyż nie różnicują one pomiędzy płaszczyzną obiektywną a subiektywno-emocjonalną i dlatego obrażają się, wpadają w histerię, płaczą, dostają spazmów, donoszą, intrygują i robią różne negatywne rzeczy, które niekiedy trzeba klarować drogą sądową. W związku z tą odmienną specyfiką komunikacji i myślenia bywają także i dzisiaj profesorowie, którzy żadnych doktorantek nie przyjmują, nie dlatego, że kobiet nie lubią, są homoseksualistami lub uważają je za głupie, tylko dlatego, że chcą tych wszystkich scysji i konsekwencji uniknąć. Podobnie jest w większości dużych koncernów, gdzie mówi się o tzw. glass-ceiling effect czyli o „efekcie szklanego czyli niewidzialnego sufitu”. Wyrażenie to oznacza, że kobiety pomimo obiektywnych kwalifikacji w większości przedsiębiorstw na Zachodzie pozostają co najwyżej na stanowiskach kierowniczych średniego szczebla, a nie przedostają się na szczeble najwyższe, np. do zarządu. Na ile efekt ten panuje w Polsce, należałoby przebadać. Dlaczego tak jest? Z powodów, które powyżej przedstawiliśmy. Po prostu kobiety, jako bardziej uzależnione od emocji są po prostu na dłuższą metę gorszymi szefami niż mężczyźni, czego dowodzą statystyki między innymi pytanych pracownic, nie pracowników, które same będąc kobietami o nienawiść do kobiet oskarżone być nie mogą.[16] I dlatego to, co kobiety uważają za mizogynizm, jest po prostu sumą doświadczań męskich, ale i żeńskich typu: „żadnych kobiet, żadnych stresów” lub no woman, no cry, jak śpiewał Bob Marley. Co ciekawe same kobiety za wyłącznie kobiecym towarzystwem także nie przepadają,[17] o czym świadczy nie tylko doświadczenie, ale także ilość zwolnień w firmach z większością kobiet. Z badań wynika, że kobiety najlepiej pracują i najrzadziej chorują w firmach mieszanych, natomiast dużo gorzej mają się w firmach z wyłącznie żeńską „załogą”. Co ciekawe dla mężczyzn jest to bez różnicy, czy firma jest mieszana czy wyłącznie męska. Kwestie te pobłębimy być może w odrębnym artykule. Wracając do potępionych zdań stwierdzić można, że przypisywanie całego intelektualnego zła mężczyznom, a niewinnej intelektualnej anielskości kobietom miało miejsce już u jansenistów i jest tak samo błędne jak reszta jansenistycznych, a obecnie feministycznych poglądów. (I nie ma co się obrażać, drogie Panie!)

[Nieprawdą jest, że]

„84. Wyrywać Nowy Testament z rąk chrześcijan lub trzymać go przed nimi w zakryciu uniemożliwiające zrozumienia go, oznacza zamykać im usta Chrystusa.”

A tymczasem nikt nie wyrywa, nikt nie ukrywa nikt ust Chrystusa, który przemawia w liturgii, nie zamyka.

[Nieprawdą jest, że]

„85. Zabraniać chrześcijanom lektury Pisma Świętego, a szczególnie Ewangelii, to zabraniać synom światłości używania światłości oraz sprawiać, że doświadczają oni swego rodzaju ekskomuniki”.

Ten zarzut jest wyjątkowo perfidny i pokrętny, gdyż nikt lektury Pisma Świętego, szczególnie w językach narodowych, nie zabraniał, ale potrzebna była, jak ukazaliśmy powyżej, zgoda hierarchii. Określenie „synowie światłości” jest co prawda biblijne, ale także gnostyckie i pseudomistyczne. Quesnel, przynajmniej w tym punkcie, nie wyjaśnia, dlaczego „światłością” ma być akturat prywatna lektura Pisma Świętego, a nie korzystanie z sakramentów, od których janseniści odwodzili lub słuchanie kazań w Kościele. Nie pisze on też dlaczego, nieczytanie Pisma jest równoznaczne ekskomuniką, która jest przecież wykluczeniem z Kościoła jako z hierarchicznego Ciała Chrystusa, a nie odwiedzenie kogoś od pewnych praktyk pobożności.

Biorąc pod uwagę wszystkie wyżej wymienione argumenty przyjąć można, że nieuznawanie Tradycji za równorzędne źródło wiary prowadzi w prostej linii do przyjęcia, przynajmniej na płaszczyźnie praktycznej, protestanckiej zasady sola Scriptura, która prowadzi do powstawania nowych odłamów, wspólnot, a w sumie sekt. Tak w protestantyzmie, jak i niestety w posoborowym katolicyzmie.

[14] http://www.dummies.com/store.html

[15] http://dlabystrzakow.pl/

[16] http://www.dailymail.co.uk/femail/article-1206053/Women-prefer-work-male-bosses-better-managers-prone-moods.html

[17] http://www.theatlantic.com/business/archive/2014/01/why-dont-more-women-want-to-work-with-other-women/283216/ http://business.time.com/2012/05/11/the-real-reason-women-dont-help-other-women-at-work/

Tradycja i tradycja w ujęciu teologii katolickiej. O istocie Tradycji Boskiej (Traditio divina) (część 4)


 S-Bernard-BR

(4)          O istocie Tradycji Boskiej (Traditio divina)

Tradycja Boska jest prawdą objawioną, którą Kościół otrzymał od Chrystusa za pośrednictwem ustnego nauczania Apostołów oraz przy asystencji Ducha Świętego całą w nienaruszony sposób zawsze przekazuje (Traditio divina est veritas revelata, quam Ecclesia a Christo per oralem Apostolorum praedicationem accepit atque Spiritu Sancto assistente integram inviolatamque semper tradit). I z tych przyczyn Tradycja jest Słowem Bożym tak materialnie (treści, które się przekazuje) jak i formalnie (czynność przekazywania czyli verbum traditum).

Powyższa definicja Diekampa zakłada istnienie (1) prawdy (veritas) jako takiej oraz (2) istnienie prawdy objawionej (veritas revelata). Kwestią (1) istnienia prawdy jako takiej zajmuje się filozofia, głównie teoria poznania w oparciu o logikę formalną, a kwestię prawdy (2) objawionej częściowo już przedstawiliśmy.[1]

Ad (1) Istnieje jedna prawda

Nie podejmiemy się w tym miejscu rozległego dowodzenia istnienia jednej prawdy, a zainteresowanych odsyłamy np. do De veritate (O prawdzie) św. Tomasza z Akwinu. Omówimy jednak kwestię tę krótko i na poczet przyszłych wywodów aksjomatycznie założymy, że (i) prawda jako taka istnieje oraz że (ii) jest jedna.

Ad (i) Gdyby bowiem nie istniała prawda jako taka wówczas:

  • żadne porozumienie się pomiędzy ludźmi (np. „Wczoraj złowiłem pstrąga w rzece”) nie byłoby możliwe,
    • bo nikt by nie wiedział, czy ktoś mówi prawdę, czy kłamie, (Czy złowił, czy pstrąga, czy w rzece.)
  • żadne zdanie (np. „Ala ma kota”) nie byłoby możliwe,
    • bo nie miałoby się do czego odnosić, (Nie wiadomo by było, czy Ala istnieje, czy kot istnieje, czy Ala tego kota posiada lub ma.)
  • żadna wytwórczość ani nauka nie byłyby możliwe ,
    • bo żadna konstrukcja (np. odkurzacza) według prawideł czegoś (konstrukcji odkurzaczy) nie byłaby możliwa, ani zdobywanie wiedzy (np. o wirusach) czyli prawd o czymś (zachowywaniu się wirusów) również nie miałoby miejsca, bo żadna prawda o konstrukcji odkurzaczy czy wirusach by nie istniała.

Nawet zdanie: „Nie ma prawdy” musi być prawdziwe, by miało sens. A czym jest prawda? Najkrócej i arystotelesowsko-tomistycznie rzecz ujmując prawda jest „dostosowaniem się umysłu do rzeczy” (adaequatio intellectus et rei). Nawet najbardziej zagorzali zwolennicy relatywizmu czyli ludzie odrzucający prawdę absolutną i jedną dla wszystkich uznają, że po pierwsze ich pogląd jest prawdziwy, a zatem zakładają, że prawda jako taka istnieje. Uznają oni ponadto, że w jakimś kontekście czy systemie jakieś zdanie może być prawdziwe, jednak w innym może być ono fałszywe. I stąd, jak twierdzą relatywiści w dużym uproszczeniu i skrócie, że prawda jest konwencją czyli umawiamy się, że coś jest prawdziwe, ale czy jest takie naprawdę tego nie wiemy. Jest to argumentacja tylko pozornie słuszna, gdyż błąd jej polega na nieróżnicowaniu poziomów (a) poznania, (b) języka oraz na (c) braku prawidłowego przejścia pomiędzy jednym systemem, w którym coś jest prawdziwe, a drugim, w którym coś prawdziwe nie jest.

            Ad (a) Płaszczyzna poznania

Poznanie może być jednostkowe, jak np. gust oraz ogólne, jak np. matematyczne lub logiczne. I tak mały Jasio mówiąc: „Najlepsze na świecie są lody śmietankowe”, to oddaje on za pomocą tego zdania, jedynie swoje poznanie jednostkowe i swój gust. Nie wygłasza on tym samym aksjomatycznej metafizycznej wypowiedzi typu: „Wszyscy ludzie są śmiertelni” lub matematyczno-logicznej typu „2+2=4”. A jedynie wypowiedzi ostatniego typu mają charakter absolutny i ogólny.

            Ad (b) Płaszczyzna języka

Dlatego w celu uściślenia pojęć należy przełożyć język potoczny na język logiki formalnej po to, by móc określić, czy zdanie to jest prawdziwe czy fałszywe. Zdanie małego Jasia brzmi w formie poprawnej: „Mnie najbardziej smakują lody śmietankowe i dla mnie są one najlepsze na świecie”. Natomiast zdanie „2+2=4” dotyczy kwestii ogólnych, które obowiązują zawsze, każdego i wszędzie i dlatego, zdanie „Moim zdaniem 2+2=4” jest o tyle poprawne, jeżeli tak naprawdę brzmi ono: „Nie jestem pewny rozwiązania, ale wydaje mi się, że 2+2=4”. W tym przypadku nie chodzi o gust, a poznanie jednostkowe oddaje błędnie lub prawdziwe stan ogólny i obiektywny, bo 2+2=4.

            Ad (c) Przejście pomiędzy systemami

Jak już stwierdzilismy kwestiami formalizowania wypowiedzi języka potocznego i przetwarzania ich na zdania ogóle zajmuje się logika formalna. To właśnie w tym procesie można popełnić mnóstwo błędów poprzez brak różnicowania (a) poziomu poznania, (b) poziomu języka danej dziedziny (czy potoczny, czy nauk ścisłych, czy humanistycznych, czy teologii, czy logiki formalnej) oraz (c) reguł, które w danej dziedzinie panują oraz różnicami pomiędzy kilkoma dziedzinami. Bardzo dobrym przykładem braku rozróżniania poziomów (a), (b) i (c) jest stan współczesnej fizyki, w której pewne wypowiedzi są sensowne w systemie fizyki klasycznej tzw. fizyki Newtona, natomiast bezsensowne stają się w systemie fizyki kwantowej. Ale zachowywanie się cząstek na poziomie subatomowym czy dwa różne systemy fizyki nie są dowodem na brak zasady wyłączonego środka czy dowodem absolutnego relatywizmu, ale są jedynie dowodem braku adekwatnego poznania obydwu systemów. Dlatego też fizycy od lat 1930-tych pracują nad ogólną teorią obejmującą fizykę klasyczną oraz kwantową, która obejmowałaby na jakiejś płaszczyźnie te same zasady poznania. Jak na razie, wedle wiedzy piszącego, nikomu się to nie udało. Zatem prawda jako taka ogólna i absolutna istnieje, a my, z powodu naszego błędnego myślenia jej nie rozpoznajemy.

Wracając do kwestii Tradycji jako przekazu obiektywnie istniejącej Prawdy Kościół Katolicki, Stróż Prawdy, uważa, że:

  1. Główną przyczyną Tradycji jest Duch Święty, który aż do skończenia czasów świadczy o prawdzie w Kościele i poprzez swą asystencję sprawia, by to, czego Kościół naucza, było w bezbłędnej zgodzie z przepowiadaniem apostolskim. Tradycja kościelna (Traditio ecclesiastica) ma co prawdę wielką wartość jako świadectwo ludzko-historyczne przebiegu wiary chrześcijańskiej przez wieki. Jednakże prawdziwa godność tej ostatniej polega na tym, że jest ona boskim skutkiem nadprzyrodzonym (effectus divinus supernaturalis), za pomocą którego prawda Boska (veritas divina) bezpośrednio się objawia.

Zatem Tradycja w rozumieniu historii Kościoła nie jest wyłącznie historią ludzką, Kościoła jako jakiejś społeczności. Tradycja jest natomiast pouczaniem Kościoła przez Ducha Świętego na przestrzeni wieków, gdyż to właśnie Duch Święty naprowadza Kościół na powrót na właściwe tory, podobnie jak rzeka wraca z czasem spowrotem do swojego właściwego koryta.

  1. Magisterium Kościoła naukę sobie powierzoną jako narzędzie Ducha Świętego przekazuje i ją do wierzenia bezbłędnie podaje. Drugim z kolei nośnikiem i przedmiotem Tradycji (subjectum Traditionis) jest także ogół wierzących (universitas fidelium).

Właściwe zrozumienie tej definicji jest bardzo istotne. Magisterium Kościoła czyli zwyczajne i nadzwyczajne nauczanie Kościoła, które ma miejsce przede wszystkim za pośrednictwem papieża, Soborów, biskupów w łączności z papieżem jest „narzędziem Ducha świętego” oraz materialną i formalną Tradycją, jak już ukazaliśmy powyżej. Ale Magisterium nie jest wyłącznym „nośnikiem i przedmiotem” Tradycji. Jest nim także „ogół wierzących” (universitas fidelium) czyli tych katolików, którzy do Kościoła hierarchicznego nie należą. Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium Soboru Watykańskiego II w dwunastym punkcie precyzuje, co należy przez ten „ogół wierzących” rozumieć:

  1. „Święty Lud Boży ma udział także w proroczej funkcji Chrystusa, szerząc żywe o Nim świadectwo przede wszystkim przez życie wiary i miłości i składając Bogu ofiarę chwały, owoc warg wyznających imię Jego (por. Hbr 13,15). Ogół wiernych, mających namaszczenie od Świętego (por. 1 J 2,20 i 27), nie może zbłądzić w wierze i tę szczególną swoją właściwość ujawnia przez nadprzyrodzony zmysł wiary całego ludu, gdy „poczynając od biskupów aż po ostatniego z wiernych świeckich” ujawnia on swą powszechną zgodność w sprawach wiary i obyczajów. Albowiem dzięki owemu zmysłowi wiary, wzbudzaniu i podtrzymywanemu przez Ducha prawdy, Lud Boży pod przewodem świętego urzędu nauczycielskiego za którym idąc, już nie ludzkie, lecz prawdziwie Boże przyjmuje słowo (por. 1 Tes 2,13) niezachwianie trwa „przy wierze raz podanej świętym” (por. Jd 3), wnika w nią głębiej z pomocą słusznego osądu i w sposób pełniejszy stosuje ją w życiu.”

Zatem jeśli za jakichś powodów poblądzić miałaby cała hierarchia, to owym drugim nośnikiem Tradycji pozostaje „ogół wiernych”, który oczywiście niczego nie fałszuje ani nie wymyśla, ale przechowuje dotychczasową spuściznę. Co prawda nie było w Kościele dotychczas tego, że pobłądziła cała hierarchia, ale czasami jej większość i to właśnie lud czyli katolicy niehierarchiczni, jeśli można ich tak określić, Kościół ratowali. Miało to miejsce podczas kryzysu ariańskiego, kiedy to mnisi przechowali wiarę na pustyni, podczas gdy ulegała ona w miastach ariańskiej herezji. Było tak podczas obrazoburstwa w Kościele Wschodnim, kiedy to lud i mnisi ratowali święte obrazy przez biskupami niszczącymi je z polecenia bizantyjskiego cesarza. Jest tak i dziś, kiedy to świeccy lub różni kapłani ślą petycje do papieża, by nie zmieniał tradycyjnej nauki na temat małżeństwa i rodziny, do czego prawie doszło na ostatnim synodzie biskupów (sic!). I na tym polega między innymi zasadniczy błąd sedewakantyzmu, który utożsamia papieża z Magisterium, a Magisterium z Tradycją. W katolickim rozumieniu nie tylko Magisterium i papież jako jego reprezentant, a nie twórca, ale także „ogół wierzących” jest nośnikiem i przedmiotem Tradycji, gdyż w obydwu niejako płucach działa Duch Święty.

[13] Treścią prawdy objawionej są tajemnice Boskie przekraczające rozum: https://wobronietradycjiiwiary.wordpress.com/2015/01/09/wiara-fides-a-ufnosc-fiducia-w-ujeciu-teologii-katolickiej/

https://wobronietradycjiiwiary.wordpress.com/2015/01/15/wiara-fides-a-ufnosc-fiducia-w-ujeciu-teologii-katolickiej-cz-2/

Tradycja i tradycja w ujęciu teologii katolickiej. Podział Tradycji (część 3)


Philo_mediev

(3)          Podział Tradycji

Po tych słowa wstępu przechodzimy do właściwego rozdziału o Tradycji. Przytoczymy tu fragment Diekampa:

„Tradycja (Traditio) w rozumieniu teologicznym oznacza od strony przedmiotowej (objective) doktrynę (doctrina) lub instytucję (institutio) religijną w pismach (scriptis) (por. 2 Tes 2,15) lub w inny sposób przekazaną (aliis communicatam).”[9]

Zatem Tradycja jest czymś obiektywnym czyli pewną niezależną od mód i widzimisię ludzi (1) treścią doktrynalną lub nauką (doctrina) lub (2) tym, co po łacinie nazywa się institutio natomiast po polsku tłumaczyć można jako „obyczaje, zarządzenie, postanowienie”, a co będziemy oddawać w dalszym ciągu jako „instytucja” czyli strukturę hierarchiczną, sakramenty, modlitwy czy inne. I ów przekaz nauki i czynów względnie instytucji odbywa się za pomocą pism (scriptis) oraz w inny (aliis) sposób. Ponieważ Tradycja polega na przekazywaniu (łać. tradere), dlatego, jak podaje Diekamp, od strony czynnej jest ona czynnością przekazywania (actio communicandi).[10]

Od strony przedmiowej czyli tego, co jest przekazywane, różnicujemy:[11]

  1. Tradycję ze względu na jej autora lub jej pochodzenie.

W kontekście tym wyróżniamy:

  1. Tradycję Boską (divina) lub
  2. Tradycję czysto apostolską (mere apostolica) lub
  3. Tradycję czysto kościelną (mere ecclesiastica).

 Ad a. Tradycja Boska (Traditio divina)

 Ta Tradycja ma bezpośrednio Boga za autora i jest nadprzyrodzoną prawdą objawioną o wymiarze uniwersalnym (universa veritas revelata supernaturalis), którą Chrystus Apostołom do przepowiadania powierzył, a którą nazywamy depozytem wiary (depositum fidei).

 Traditio divina dzieli się dodatkowo na:

  1. Tradycję Pańską (traditio dominica), która jest tym, co Chrystus osobiście powierzył Apostołom oraz na
  2. Tradycję Bosko-Apostolską (traditio divino-apostolica), którą Apostołom za pośrednictwem natchnienia prorockiego powierzył Duch Święty (po. Denz. 783/DH 1501).[12]

 Ad b. Tradycja czysto apostolska (mere apostolica)

Jest to ta Tradycja, która została wprowadzona bez bezpośredniego Objawienia Bożego na mocy autorytetu i mocy urzędowej Apostołów – Książąt Kościoła.

Ad c. Tradycja czysto kościelna (mere ecclesiastica)

To ta tradycja, która została wprowadzona dopiero przez następców Apostołów czyli przez biskupów i papieży.

  1. Rozróżniamy Tradycję ze względu na formę: ustną i pisemną.

  1. Rozróżniamy Tradycję ze względu na treść, czy jest to:

    1. Tradycja dotycząca prawd wiary czy
    2. Tradycja dotycząca obyczajów czy
    3. Tradycja dotycząca kultu czy
    4. Tradycja dotycząca dyscypliny.
  1. Rozróżniamy Tradycję ze względu na trwałość, to jest tradycję przemijającą lub wieczną.

  1. Rozróżniamy Tradycję ze względu na miejsce, to jest tradycję miejscową lub powszechną.

  1. Rozróżniamy Tradycję ze względu na obowiązywalność, to jest tradycję wiążącą i niewiążącą.

W niniejszym opracowaniu traktować będziemy o Tradycji Boskiej (Traditio divina), której przedmiotem jest depozyt wiary (depositum fidei). Tradycja Boska, w przeciwieństwie do innych rodzajów tradycji, nie jest ograniczona ani czasem, ani miejscem i dlatego zobowiązuje ona wszystkich do wiary Boskiej (fides divina) to znaczy do wiary będącej odpowiedzią na objawienie Boskie przekazywane właśnie przez tę właśnie Boską Tradycję. W przeciwieństwie do innych rodzajów tradycji jedynie Traditio divina czyli Tradycja Pańska (traditio dominica) oraz Tradycja bosko-apostolska (traditio divino-apostolica) zobowiązuje wszystkich, zawsze i wszędzie.

O ile Tradycja Boska różni się od Pisma Świętego wówczas, jak podaje Sobór Trydencki, określana jest jako Tradycja ustna. To właśnie ta Tradycja ustna doprowadziła do spisania kart Nowego Testamentu i dlatego Tradycja ustna jest Tradycją Boska, chociaż określamy ją jako apostolską i kościelną, ale nie jako (b.) czysto apostolska i (c.) czysto kościelna.

Ponieważ zadaniem apostołów i poapostolskiego Urzędu Nauczycielskiego jest przekazywanie tradycji ustnej z pokolenia na pokolenie, dlatego też można merytorycznie utożsamić czynność przekazywania (actio tradendi) z głoszeniem prawdy objawionej przez Apostołów (i ich następców czyli biskupów) i Magisterium Kościoła. Mówiąc prościej, jeżeli nikt prawd wiary nie głosi, słowem, pismem i czynem, to tradycji ustnej nie ma.

Dlatego też wraz z Soborem Trydenckim i Soborem Watykańskim I uznajemy Tradycję za drugie, oprócz Pisma Świętego, źródła Objawienia. Urząd Magisterski Kościoła może czerpać obydwu źródeł doktrynę oraz autorytatywnie ją interpretować. Na tym polega właśnie czynność Urzędu Nauczycielskiego Kościoła.

Chociaż kwestię tę omówimy jeszcze poniżej, to już w tym momencie warto wspomnieć o tym, że tradycja ustna jest tradycją żywą, nie w rozumieniu zmiany depozytu wiary, ale w takim rozumieniu, że Tradycji nie kończy się w roku 1965, jak chcą niektórzy zwolennicy Bractwa św. Piusa X, ale trwa do dziś, o ile jest wiernie przekazywana i nie różni się od dotychczasowego depositum fidei. O tym jednak, czy odbiega czy nie odbiega decyduje Urząd Nauczycielski Kościoła, a nie FSSPX ani inne osoby prywatne czy stowarzyszenia, które Magisterium nie są. Mogą one co prawda przedstawiać swoje argumenty, troski i zastrzeżenia, tworzyć blogi katolickie i w ten sposób jakoś na Kongregacje ds Wiary wpływać (przy okacji pozdrawiamy serdecznie naszych czytelników z Watykanu, bo mamy takowych), ale faktycznie i formalnie władzy decyzyjnej nie mają. Ponieważ Kościoł jest instytucją bosko-ludzką, dlatego należy wierzyć, czego dowodziła zawsze historia Kościoła, że Pan Bóg długofalowo jest w stanie uchronić swój Kościół od błędu i apostazji.

[9] Diekamp, dz. cyt., 50.

[10] Tamże.

[11] Podajemy za Diekamp, 50-51 z uzupełnieniami wdł. Diekamp-Jüssen, 59-65.

[12] Traditio dominica i Traditio divino-apostolica za Diekamp-Jüssen, 59.